Indyk Wyścigowy #001: Inertial Drift — recenzja gry (PC)

Jako wielki entuzjasta gier wyścigowych, nie mogłem przeoczyć faktu, iż rok 2020 jest wyjątkowo hojny dla fanów wirtualnego ścigania. Dlatego też witajcie w Indyku Wyścigowym, serii wpisów poświęconej najciekawszym wyścigom niezależnym! W pierwszym odcinku — Inertial Drift, czyli… no właśnie, czyli co?

Już sama nazwa gry wywołuje we mnie lekki uśmiech. Gdyby lekko zmrużyć oczy, zamiast Inertial Drift można przypadkiem przeczytać Initial D. To powoduje, że oczami wyobraźni już widzę japońskie, driftujące tunery z lat 90-tych, a eurobeat rozbrzmiewa w głowie ze zdwojoną siłą.

Inertial Drift - gameplay

Ekspresowa dostawa tofu!

Twórcy Inertial Drift, studio Level 91, grają w otwarte karty. To jest racer wyraźnie oparty o kultową już wśród fanów motoryzacji animację Initial D. To w niej Takumi Fujiwara, pokonuje kolejnych przeciwników podstarzałą Toyotą AE86, służącą pierwotnie do dostaw tofu. Choć samo anime stało się niewyczerpanym źródłem kolejnych memów i spopularyzowało eurobeat jako gatunek muzyczny na cały świat, gier opartych o uniwersum nie pojawiło się zbyt wiele. Jeśli już, to albo one nie opuszczały automatów, albo — w przypadku konsol — nie wychodziły poza Japonię.

Initial D zostało także zauważone przez innych twórców gier wyścigowych. Mniejsze triumfy wśród posiadaczy Dreamcasta i PS2 święciła seria Tokyo Xtreme Racer. Wydane przez Capcom w 2002 roku Auto Modellista poległo przez fatalny model jazdy, pomimo fantastycznej, cel-shadowanej oprawy graficznej. Z dziedzictwa Initial D korzystali także najwięksi. Animacją zauroczyło się także Electronic Arts, wydając w 2006 roku Need for Speed: Carbon. Tytuł był skupiony w ogromnym stopniu na wyścigach w kanionach, driftach oraz japońskich autach z przełomu wieków.

Historia ta jest o tyle ważna, że Inertial Drift może być pierwszą, (nie)powiązaną z marką grą, która doskonale rozumie jak stworzyć w sferze arcade model jazdy i mechaniki driftu, na tyle przystępne i jednocześnie tak głębokie, aby uzależniały od pierwszego przejazdu.

Inertial Drift samochody

Bokiem w ten zakręt

Twin Stick Arcade Racer — takim wdzięcznym hasłem deweloperzy reklamują swój tytuł i muszę przyznać, że nie jest to ot tak rzucony slogan marketingowy. Podstawowa koncepcja, która stoi za Inertial Drift, to wykorzystanie dwóch gałek analogowych. W domyślnej konfiguracji, wychylenie lewego drążka odpowiada za skręt, a prawego za drift.

Pomysł genialny w swojej prostocie, ale to jego egzekucja wywarła na mnie największe wrażenie. Auta przeważnie nie są zwrotne w ogóle, więc aby móc wychodzić poprawnie z zakrętów, gra zmusza nas do korzystania z driftu. Kontrolowanie prawą manetką kąta poślizgu w trakcie pokonywania łuku, połączone z wibracjami pada, jest uczuciem niesamowicie świeżym. Tutaj pojawia się kolejny zwrot akcji. Wszystkie z 16 pojazdów stworzonych specjalnie na potrzeby tej produkcji. Charakteryzuje się własnym stylem driftu, co oznacza mniej więcej tyle, że gdy wsiadamy za inne kółko, musimy tak jakby uczyć się gry na nowo.

Auta oznaczone mniejszym poziomem trudności będą przemykać przez zakręty bez używania hamulców. Te średnio-zaawansowane będą potrzebować odpowiedniej korekty gazu i hamulca przed wejściem w poślizg, a najbardziej wymagające przetestują cierpliwość dosłownie każdego gracza. I to też nie jest tak, że któreś z tych aut i modeli ich prowadzenia jest gorsza. Naprawdę, byłem zaskoczony tym, na jak wiele sposobów twórcy zmodyfikowali statystyki pojazdów. Każde z nich dostarczało trochę inne doświadczenie. A to już ogromnie zwiększa żywotność całej gry.

Arcade pełną gębą

Inertial Drift to arcade pełną gębą

Progresja tytułu jest zbudowana wokół tego, by gracz miał szansę oswoić się z mnogością proponowanych pojazdów. Głównym trybem rozgrywki jest Story Mode. Przyglądamy się w nim grupie nastolatków, która podróżując swoimi autami, przygotowuje się do wielkiego Grand Prix. W praktyce wygląda to tak — wybieramy jednego z czterech bohaterów, a co za tym idzie ich samochód oraz poziom trudności i ruszamy w trasę.

Każda z pięciu lokacji ma po trzy wyzwania, a wśród nich sama klasyka. Time Attack, Ghost Battle to klasyczne czasówki. Style to drift na punkty, w Endurance pokonujemy kolejne bramki kontrolne jak na automatach. Race to zwykły wyścig, a Duel w stylu kanionowych potyczek zapewnią coś dla fanów sztampy absolutnej. Samych lokacji jest co prawda niewiele, ale mnogość trybów zabawy to zdecydowanie wynagradza. Choć tryb opowieści jest krótki, bo ukończenie go jedną postacią zajmuje niecałą godzinkę, to w dalszej części gry widać, że został on tak zaprojektowany świadomie.

A to dlatego, iż po ukończeniu Story jedną z postaci odblokowujemy paczkę wyzwań w trybie Challenge. Jeżeli zaliczymy wyzwanie określonego auta, otwieramy dla niego dostęp do Grand Prix, czyli kolejnej serii potyczek na torach. I co ciekawe, każdy pojazd ma swoją unikalną serię eventów i ich zaliczenie dostarcza następne bonusy. Taki system progresji przypomina mi zamierzchłe czasy Ridge Racer Type 4. W tej grze coraz to większe nagrody ujawniały się przed graczem wraz ze wzrostem jego zaangażowania w powtarzanie Grand Prix w nieskończonych kombinacjach drużyn i aut.

Inertial Drift oprawa

Przegrzany potwór

Jednakże, pomimo ogromnych zalet, tytuł niestety kuleje pod kątem autoprezentacji. O ile menu przypominające ścigałki z PS2 obsługuje się szybko i sprawnie, a ekrany ładowania są praktycznie zerowe, tak design postaci w Story Mode pozostawia sporo do życzenia. Nie pomaga fakt, że cutscenki to wyjęte niczym z losowej visual novel ściany tekstu, które, choć mają charakter tutoriala, wywołują pewien dysonans między jakością gameplayu, a tą z cutscenek. Gra ma bardzo ładnie animowane intro, więc może warto było się pokusić o więcej tego typu wstawek?

Podobnie też jest z warstwą dźwiękową. Utwory przygotowane przez twórców są niestety denne i w żaden sposób nie zbliżają się jakością do tego, co reprezentowało swoim eurobeatem Initial D. Na szczęście, na potrzeby gry przygotowałem sobie własną playlistę z największymi hitami gatunku, w grze wyciszyłem soundtrack i cóż, było wspaniale. Śliczna, cel-shadowana grafika, ogromne poczucie pędu oraz dźwięki kultowego Deja Vu z mojego Spotify sprawiały, że byłem w wyścigowym niebie. Szkoda, że autorzy nie pokusili się na nagranie jakichś utworów w stylistyce eurobeat. Zwłaszcza że nawet trofea w grze wyraźnie nawiązują do tytułów piosenek z uniwersum Initial D. Dlatego też szkoda, że w osiągnięciu driftowego zen musiałem sobie troszeczkę pomóc.

Inertial Drift: Utykający indyk

Powtórzę to jeszcze raz — Inertial Drift posiada obecnie jedną z najciekawszych w gatunku mechanik prowadzenia pojazdu. To jak łatwo podlega ona manipulacji dzięki zróżnicowaniu aut i ich schematów sterowania jest godne podziwu. Gra ma tak mocny rdzeń rozgrywki, że moim zdaniem autorzy śmiało powinni ubiegać się o licencję Initial D. System progresji jest także uzależniający i podczas zabawy wielokrotnie padłem ofiarą “jeszcze jednego wyścigu”. Wyraźnie indycza prezentacja tytułu jest czymś, co niestety sprowadza ambicje tytułu do parteru. Zwłaszcza w kontekście rywalizacji z wyścigami AAA i samej ceny gry (79,00 zł). Jednakże, jeżeli gdzieś spotkacie Inertial Drift na promocji, nie zastanawiajcie się ani trochę. Jest to innowacyjna, czysto arkadowo rozgrywka, wobec której nie można przejść obojętnie, zwłaszcza z siłą dźwięków eurobeatu.

Za dostarczenie gry do recenzji dziękujemy wydawcy Inertial Drift, firmie PQube

Szymon Baliński
Moim marzeniem zawsze było mówić i pisać o grach. Z zazdrością patrzyłem na redaktorów wielkich gazet oraz Hypera, dlatego teraz robię wszystko by być jak moi idole. Choć moim konikiem są wyścigi i platformówki, staram się coraz częściej wychodzić z giereczkowej strefy komfortu.
Scroll to top