Pamiętam, kiedy pierwszy raz ujrzałem na oczy Mortal Kombat. Miałem około 7 lat, gdy mój kolega przyniósł kartridż z grą na Pegasusa i wsunęliśmy go do konsoli. Naszym oczom ukazało się słynne logo ze smokiem, a potem poszło z górki. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że port Mortal Kombat na konsole Nintendo nie istniał, a ja grałem w nieoficjalny bootleg, do tego nie tylko okrojony, ale i ocenzurowany. Pokochałem styl artystyczny i wizualny, muzykę oraz dorosły, bardzo surowy klimat produkcji. Kiedy więc do kin trafiła ekranizacja gry, oczywiście… do kina nie poszedłem, bo byłem za mały.
Odczekałem swoje i kiedy film trafił do mojej lokalnej wypożyczalni kaset wideo, niemal natychmiast wpadł w moje ręce. Pamiętam, jaki byłem wtedy oczarowany i jak katowałem odtwarzacz od rana do nocy. Teraz, będąc dorosłym, wiem, że nie wszystko w tym filmie działało tak, jak powinno, ale sposób ukazania bohaterów czy samego turnieju in tej jednej produkcji zawsze staje mi przed oczami, kiedy myślę o Mortal Kombat. Dlaczego o tym wspominam? Bo najnowsza filmowa odsłona obudziła we mnie na powrót właśnie tego dzieciaka.
Choose your destiny
Johnny Cage to aktor, który dotarł do zmierzchu swojej kariery. Nikt nie kojarzy już filmów z jego udziałem, nie proponuje mu ról ani nie rozpoznaje na ulicy. On sam jest reliktem przeszłości, kasetą VHS w erze niekończącego się potoku streamingowych produkcji, o czym przekonuje się z każdym kolejnym konwentem czy zlotem. Nic więc dziwnego, że kiedy na parkingu zaczepia go dziwnie ubrany mężczyzna i oferuje możliwość, by ponownie stać się bożyszczem tłumów, podświadome pragnienia Johnny’ego podejmują decyzję za niego.
Aktor wkrótce przekonuje się, że Mortal Kombat, turniej, w którym ma wziąć udział, to coś więcej niż kilka szybkich, dobrze wymierzonych ciosów i sędzia obwieszczający zwycięstwo. To walka na śmierć i życie, a przegrana nie tylko wystawia cię na łaskę przeciwnika, ale zwiększa też szansę na pogrążenie ziemskiego wymiaru w kompletnym chaosie.
Stawkę tę doskonale zna Kitana, księżniczka Edenii. Jej wymiar przegrał dziesięć turniejów z rzędu i padł łupem Shao Kahna, tyrana i uzurpatora, który dąży do całkowitego podporządkowania sobie wszystkich wymiarów. Imperator wygrał już kolejne dziewięć turniejów, a jego dominacja nad Ziemią wydaje się niemal przesądzona. Kitana pała żądzą zemsty, więc także spiskuje przeciw Shao Kahnowi, licząc, że w ten sposób pozbędzie się ciemiężyciela raz na zawsze.
Test Your Luck
Historia filmu, choć prosta i do bólu przewidywalna, idealnie wpasowuje się w samą koncepcję produkcji. Nie jest przy tym zbyt ambitna ani skomplikowana, więc zrozumie ją każdy, nawet ktoś, kto z grami z serii Mortal Kombat nie miał zbyt wiele do czynienia. Zadaniem fabuły jest w tym przypadku dowieźć widza po szynach do finału, po drodze zatrzymując się na konkretnych stacjach, tj. pojedynkach — i z tego zadania wywiązuje się znakomicie.
Każdy z bohaterów ma w filmie swoje pięć minut, co jest o tyle zaskakujące, że tempo samej opowieści momentami pędzi tu na łeb, na szyję. Pierwsze skrzypce gra tutaj fenomenalny Karl Urban jako Johnny Cage — aktor właściwie kradnie wszystkie sceny ze swoim udziałem i dominuje w nich zarówno prezencją, jak i charyzmą. Identycznie sprawa ma się z Adeline Rudolph w roli Kitany. Casting tej dwójki jest trafiony w dziesiątkę, podobnie jak w przypadku Shao Kahna, który nie tylko jawi się jako potężny brutal, ale potrafi też zaskoczyć i to nie tak, jak byście się tego spodziewali.
O dziwo twórcy odrobili też lekcję i sprawili, że Raiden nie jest już kompletnie bezpłciową istotą znaną z poprzedniej odsłony. Daleko mu co prawda do interpretacji Christophera Lamberta, ale miło zobaczyć, że bóg piorunów jest teraz zdecydowanie luźniejszą wersją samego siebie. Reżyser, Simon McQuoid, potrafi również odpowiednio zbalansować czarny humor i powagę, przez co oglądanie Mortal Kombat II jest niezwykle przyjemnym doświadczeniem.
Nawiązań do materiału źródłowego jest tutaj naprawdę sporo — czy to w scenografii, pojedynkach, czy przewijających się postaciach. Jednak są one na tyle sprytnie wplecione w świat przedstawiony, że nie biją po oczach na każdym kroku próbą odwzorowania gry 1:1. Film nie poświęca też czasu na nadmierną ekspozycję. No, bo nie oszukujmy się: na taki film jak Mortal Kombat II nie idzie się dla fabuły, tylko dla brutalnych pojedynków i krwawych finisherów.
Test Your Strike
Walki i ich dynamizm to coś, co jest nieodzownym elementem bijatyk spod szyldu smoka. Nie inaczej jest z Mortal Kombat II. Pojedynki są tutaj szybkie, brutalne i niezwykle widowiskowe. To zdecydowanie produkcja dla dorosłych widzów, lecz nie przekracza żadnych granic — pod tym względem stąpa w ramach wytyczonych wcześniej zasad. Ukłony należą się osobom odpowiedzialnym za choreografię starć oraz kaskaderom, ponieważ efekt ich ciężkiej pracy jest widoczny i momentami powoduje opad szczęki. Wydaje mi się, że ekipa ta jest w stanie w pełni zrealizować każdy, nawet najbardziej pokręcony zamysł scenariusza lub spełnić dowolną zachciankę reżysera.
Wizualnie film prezentuje się równie dobrze, choć były momenty, kiedy odnosiłem wrażenie, że drugi plan wydawał się zbyt rozmyty, a bohaterowie widocznie wyróżniali się na jego tle. Na uwagę zasługują kostiumy, które tym razem są o wiele lepiej wykonane niż w pierwszej części, podobnie jak scenografia — reżyser rzuca nas po różnych lokacjach, zamiast skupiać akcję tylko w jednym miejscu. Artystycznie Mortal Kombat II przypomina najnowsze odsłony growej serii, więc osoby liczące na to, że powróci tutaj wizja znana z pierwszego filmu z lat 90., czeka niestety rozczarowanie.
Test Your Might
Wspominałem już o tym, że Mortal Kombat II bardzo szybko gna do finału i to jest właściwie jego największa wada. Głównie dlatego, że choć każda z postaci pojawia się na ekranie, to produkcji ewidentnie brakuje kilku minut więcej, które można byłoby poświęcić bohaterom i temu, co właściwie robią między starciami. Nie przypadła mi do gustu również koncepcja samego turnieju, gdzie postaci są „teleportowane” na arenę. W moich oczach spłyca to całą koncepcję widowiska, umniejsza jego randze i jeszcze bardziej sprawia, że ma się wrażenie przyspieszenia wydarzeń tak, aby jak najszybciej zaserwować widzom kolejny pojedynek.
Pod tym kątem dużo lepiej wypada pierwsza ekranizacja gry w reżyserii Paula W.S. Andersona. Tam akcja rozgrywała się na wyspie, a bohaterowie walczyli w konkretnych miejscach, do których musieli najpierw dotrzeć. To sprawiało, że turniej, choć nadal nierealny, wydawał się dużo bardziej organiczny i wiarygodny. Czuło się wagę tego wydarzenia. Tutaj zwyczajnie tego brakuje.
Bywają również chwile, kiedy Mortal Kombat II zaprzecza zasadom, które sam tworzy. I to pomijając już reguły ustanowione przez poprzedni film. Razi to niekonsekwencją w wizji budowania świata przedstawionego na rzecz zaspokojenia oczekiwań fanów. Brak w tym wszystkim spójnej wizji i konsekwencji.
Finish Him!
Mortal Kombat II to bardzo samoświadoma siebie produkcja, która nie stara się być czymś więcej, niż powinna. To ogromny krok do przodu względem poprzedniej części, lecz wciąż nie jest to idealny obraz. Mimo to, jeśli oczekujecie dobrej zabawy, widowiskowych pojedynków i po prostu dobrego kina rozrywkowego, będzie to film w sam raz dla was.
Jeżeli podobał Wam się materiał, to koniecznie dajcie znać na X (dawny Twitter), Bluesky, naszym Discordzie, Redditcie lub Fediverse.






