Eksperyment się powiódł, przynajmniej do pewnego stopnia. MySims, uproszczony spin-off serii The Sims, przez krytyków przyjęty został bowiem raczej letnio. Ani nie był to pretendent do tytułu gry roku, ani wyjątkowego kasztana. Ot, po prostu był, z kilkoma świetnymi pomysłami i paroma fatalnymi decyzjami. Nie przeszkodziło to przy tym rozejść się grze jak ciepłe bułeczki, zgarniając przy okazji rekord dla najlepiej sprzedających się „simsów” na konsole Nintendo. EA poszło więc za ciosem i wypuściło rok później mocno przeprojektowany sequel w postaci MySims Kingdom, który teraz po raz pierwszy w historii mogą sprawdzić nie tylko posiadacze konsoli Ninny.
Nauka na błędach
Zasiadając do zabawy tuż po przemęczeniu się przez MySims, mój zapał przypominał raczej dogasającego w zlanej mżawką popielniczce papierosa, aniżeli miło grzejący płomień ogniska. Czytaj: w zasadzie nie istniał. Wystarczyło jednak kilka chwil z MySims Kingdom, bym zrozumiał, że EA Redwood Shores wzięło sobie do serca krytykę, więc kontynuacja to zdecydowanie więcej, niźli tylko średniowieczna skórka na sprawdzoną formułę. Ba, to w zasadzie kompletnie odmienna produkcja, nawet jeśli dzieląca z protoplastą sporo elementów.

Znajomo brzmieć może chociażby zaczątek przygody, w którym tuż po otrzymaniu od króla tytułu „królewskiego różdżkarza” (bądź różdżkarki, bo powraca także prosty kreator postaci), zostajemy przez niego wysłani w świat, by pomagać w odbudowywaniu się położonym na pobliskich wyspach tematycznym królestwom. Świat nie jest już przy tym kolorową wydmuszką. Każda odwiedzana wysepka może nie imponuje rozmiarem, ale za to potrafi zaskoczyć pomysłem na siebie. Ot, trafiamy na przykład do zamieszkałej przez DJ-ów i imprezowiczów Candypaloozy, albo na wulkaniczną wyspę, rządzoną przez szalonego naukowca. Naprawdę jest się tu ciekawym, co też wymyślili twórcy, więc eksploracja w MySims Kingdom to czysta przyjemność.
Nie tylko budowanie
Od zera napisano też system zadań. Ten nie opiera się już tutaj wyłącznie na kleceniu kolejnych mebelków, ba, mechanikę tę całkowicie wywalano, pozostawiając jedynie jej namiastkę w postaci trybu budowlanego. Nowe elementy budynków i meble do ich wnętrz odblokowuje się tutaj poprzez zbierane w trakcie zabawy zwoje, wymagające do odczytania ich zawartości odpowiedniej liczby konkretnych esencji. Te na całe szczęście zebrać trzeba tylko raz, by później móc do woli cieszyć się nowymi dekoracjami. No, o ile mamy odpowiednią ilość many oczywiście, aczkolwiek ta jest w MySims Kingdom marginalnym problemem, bo jej zastrzyki dostaje się przy zbieraniu esencji, zaliczania kolejnych zadań albo po prostu wymieniając na nią esencje u towarzyszącej nam koleżanki.

Dorzucono przy okazji mechanikę prądu, wymagającą od nas połączenia pewnych urządzeń do źródła mocy. Przy pomocy rur dostarczymy kwiatom wodę z pobliskiej fontanny, obroty wiatraka natomiast pomogą nam napędzić mechanizmy z kół zębatych lub dostarczą prąd do automatu z grami. Proste to, ale całkiem przyjemne i miło odświeża formułę. Zadania zresztą nie ograniczają się tylko do budowy, bo poza nią trzeba niekiedy chociażby zagonić zwierzaki do zagrody, powstrzymać pająki od wchodzenia na koc piknikowy czy też przekonać kogoś do swoich racji poprzez prościutkie drzewko dialogowe. W nagrodę dostaniemy natomiast nie tylko namiary na kolejne wyspy czy królewskie punkty potrzebne do wbijania kolejnych poziomów królestwa (finał, podobnie jak w pierwowzorze, odblokowuje się na piątym), ale też różnorakie fatałaszki i fryzury.
Ale jajca!
MySims Kingdom to produkcja kierowana do młodszego odbiorcy i kompletnie się z tym nie kryje. Toteż pełno jest tu głupawego i rubasznego humoru, który rozbawi przede wszystkim dzieci, ale i dorośli mogą się czasem uśmiechnąć pod wąsem. No, bo jak tu w geście aprobaty nie wypuścić powietrza nosem, kiedy przyodziany w odpowiednią czapeczkę gołąb pocztowy wraz z listem od króla, przynosi nam też kanapkę z masłem orzechowym, a towarzyszący nam w przygodzie Buddy co rusz przebija kolejne rekordy głupoty, serwując przy w międzyczasie czerstwe dowcipy? Nie da się, wiadomo.
Port, nic więcej
Tu kończą się pozytywy, ale jednocześnie nie zaczynają się negatywy. Taka sytuacja. Odświeżona wersja MySims Kingdom to bowiem zwykły port z teksturami w wyższej rozdzielczości. Tylko tyle i aż tyle. W końcu przy MySims twórcom udało się chociażby zepsuć kreator mebli i obciąć funkcje sieciowe. Toteż fakt, że MySims Kingdom trafiło na Switcha i PC w wersji w zasadzie niezmienionej, choć ładniejsze i pozwalającej teraz pogłaskać pewnego dinozaura, uważam za sukces. Oczywiście nie obyło się bez drobnych zgrzytów, bo wciąż za dziwne uważam pozbycie się sterowania ruchowego przy jednoczesnym nieprzystosowaniu gry do dwóch gałek analogowych, przez co kierowanie kamerą jest średnio wygodne (zwłaszcza że ta znajduje się teraz zdecydowanie bliżej bohatera), ale to już drobnostka.
Królestwo na nowych fundamentach
MySims Kingdom to zatem branżowy klasyk – sequel poprawiający wszystkie wady oryginału i kierujący tym samym serię na dobre tory. Choć zarówno MySims i jego kontynuacja trwają tyle samo, czyli około siedmiu godzin, to w tym drugiej czas ten nie dłużył się ani przez chwilę. W MySims Kingdom wciąż odkrywa się coś nowego i pomaga się mieszkańcom w znacznie bardziej zróżnicowanym zadaniach, a przy tym można dać upust swojej kreatywności w trybie budowania (choć nic nie stoi na przeszkodzie, by odwalić robotę po linii najmniejszego oporu). W moim odczuciu to świetna pozycja dla młodszego gracza, aczkolwiek przez brak polskiej wersji językowej ominie go spora ilość tekstu. Na szczęście nawet i bez tego można się tu całkiem nieźle bawić.
Jeżeli podobał Wam się materiał, to koniecznie dajcie znać na X (dawny Twitter), Bluesky, naszym Discordzie, Redditcie lub Fediverse. Jesteśmy też dostępni w Google News!
Udostępnienie kodu w żaden sposób nie wpłynęło na wydźwięk powyższej recenzji.





