Resident Evil 7: Biohazard – recenzja (NS2). Powrót do domu Bakerów

Gra dostępna na:
NS
NS2
IOS
MAC
PC
PS4
PS5
XONE
XSX
Resident Evil 7: Biohazard Nintendo Switch 2
Artur Janczak
Artur Janczak

Nie tylko Resident Evil Requiem zawitało na Nintendo Switch 2. Wraz z premierą najnowszej odsłony konsola zyskała jeszcze dwie pozycje: Resident Evil 7: Biohazard oraz Village, obie w najlepszych wersjach Gold ze wszystkimi dodatkami. Dziś skupię się na siódemce, w której rozpoczęła się przygoda Ethana Wintersa. Jak ten tytuł wypada na wspomnianej platformie? Czy jest w ogóle sens wracać do tej pozycji bądź zacząć od niej właśnie na NS2? Nie obyło się bez małych zgrzytów, ale te nie mają wielkiego wpływu na ogólną ocenę.

Odrodzenie marki

Jeżeli graliście w poprzednie odsłony lub chociaż jedną z nich, to pierwszy kontakt z siódemką może być nietypowy. Inna perspektywa, brak znajomych twarzy, żadnych zombie lub klasycznych potworków (B.O.W.). Trzeba wspomnieć, że przed tą odsłoną seria miała dość spory kryzys tożsamości. Resident Evil 6 nie zostało przyjęte tak, jak Capcom zakładał i trzeba było zmienić podejście. Jak jednak sprawić, by najwięksi fani wybaczyli im wpadkę, a zupełnie nowi gracze zechcieli sprawdzić tę odsłonę?

Opuszczony dom rodziny Bakerów

Tutaj trzeba było nie tylko sięgnąć do korzeni, ale również wziąć pod uwagę, co obecnie zachwyca ludzi. Trochę oczywiście upraszczam, ale nie bez powodu mamy w Resident Evil 7: Biohazard widok FPP, elementy z Outlast czy Alien: Isolation, zupełnie nowe postacie, ale też sporo DNA poprzednich odsłon. Trzeba było w tym wszystkim znaleźć odpowiedni balans i dostarczyć produkt, który będzie ciekawą mieszanką wielu stylów, zachowującą przy tym fundamenty serii. Przed premierą mało kto wierzył, że ten plan się uda, a dziś? Siódemka to jedna z najpopularniejszych odsłon, która przez długi czas była numerem jeden, jeżeli chodzi o sprzedaż. Wyszło więc na to, że czasami warto zaryzykować.

(Nie)zwyczajny bohater

W grze wcielamy się w Ethana Wintersa, który otrzymuje tajemniczą wiadomość od swojej żony. Problem w tym, że ona od kilku lat jest uznana za zaginioną. Kobieta zniknęła bez śladu i nie było żadnych przesłanek, co się z nią stało, aż do teraz. Chociaż szanse są bliskie zeru, mąż bez chwili zastanowienia postanawia sprawdzić trop, który zaprowadza go do stanu Luizjana. To właśnie tam trafia do ponurej chaty, gdzie rzekomo może przebywać jego ukochana. Po dotarciu na miejsce wszystko jednak zaczyna się zamieniać w prawdziwy koszmar. Bo nic, na co natrafił, nie jest takie, jak być powinno.

Kadr z udziałem policjanta w Resident Evil 7: Biohazard

Fabuła w siódemce jest rozwijana powoli, a ważne elementy odbiorca otrzymuje na dalszych etapach gry. Z początku dużo tutaj zagubienia, pytań bez odpowiedzi i spora aura tajemniczości. Sam główny bohater to żaden heros, nie rozbija głazów pięściami, nie należy do elitarnej jednostki ani nie ma za sobą militarnego szkolenia. Mimo to musi jakoś dojść do prawdy, odnaleźć żonę, a przy tym pozostać w jednym kawałku. To ostatnie wcale nie jest takie proste. Choć w całej historii jest trochę potknięć i małych głupotek, to jednak wypada ona solidnie jak na tego typu produkcję. Czuć znacznie wyższy poziom narracji względem kilku poprzedniczek, co na pewno działa na jej korzyść.

To nadal Resident Evil

Z boku może się wydawać, głównie przez widok FPP, że Resident Evil 7: Biohazard mocno odbiega od całej marki. W rzeczywistości mamy tutaj wszystkie charakterystyczne elementy: backtracking, proste rozwiązywanie zagadek, ikoniczny system zarządzania przedmiotami i kilka innych. Perspektywa – chociaż nie aż tak nowa, bo w spin-offach już występowała – faktycznie robi różnicę, ale jak ktoś grał w RE, to szybko dostrzeże wszystkie znane schematy. Nie można jednak odebrać tej odsłonie świeżości względem poprzedniczek oraz prób przemycenia czegoś nowego. Jak już wspomniałem, wpleciono tutaj kilka aspektów z innych gier, jednocześnie pozostając w zgodzie z DNA serii.

Sceneria z małym ukłonem w stronę fanów dawnych Residentów

Mamy więc momenty, w których trzeba uciekać, bo nie mamy się czym bronić. Atmosfera jest szalenie gęsta, a sam klimat mocno przesiąknął stylistyką gore, która, choć wcześniej obecna, w tej części wybrzmiewa o wiele mocniej. Skala jest nieco inna, bardziej przypominająca starsze części, bo mamy raptem kilka lokacji na danym obszarze, zamiast globalnego ratowania świata. Brakuje też, przynajmniej na początku, znanych motywów czy postaci, co wprowadza pewien chaos lub zagubienie, ale wierzcie mi, to jest celowe. Trzeba dać szansę i wgryźć się w produkcję, a z pewnością nie zabraknie Wam tutaj klimatu RE. To w końcu było nowe rozdanie, więc Capcom celowo pewne rzeczy ukrył.

Survival horror, strzelanka, a może skradanka

Wszystkiego po trochu, ale z silnym naciskiem na ten pierwszy element. Siódemka odpowiednio balansuje między różnymi formami rozgrywki, dzięki czemu można się troszkę bać, czasami musimy uciekać i się chować, ale i starć z potworami z mocną wymianą ognia tu nie brakuje. Im dalej w las, tym mocniej tytuł idzie w akcję, ale też nie na tyle, by pozostałe aspekty zostały w tyle. Kiedy jednak w ekwipunku aż roi się od narzędzi zagłady, to i podejście odbiorcy oraz jego pewność siebie są inne niż na początku. Naturalna kolej rzeczy i dość charakterystyczna w świecie marki.

Lucas Baker z wiadomością dla Ethana

Czym jednak Resident Evil 7: Biohazard mógł zachwycić ludzi? Większym naciskiem na fabułę, bardziej realistycznymi scenami, szczególnie w widoku z pierwszej osoby. Całym tym balansem, o którym wspominałem, pewną liniowością z nutką eksploracji i backtrackingu, ciekawymi postaciami i mocnym klimatem. Zupełnie inaczej odbieramy Jacka Bakera, gdy ten śmieje nam się w twarz z bliska, niż Weskera, który mówi, że ma dla nas siedem minut. Sam system walki też jest przyjemny, czuć siłę oddawanych strzałów, a wrogowie odpowiednio reagują na zadane obrażenia. Do tego świetna oprawa, naprawdę dobra muzyka i efekty dźwiękowe. Łatwo się w tym wszystkim zatracić.

Wersja na Nintendo Switch 2

Choć tytuł oryginalnie ukazał się w 2017 roku na PS4, XONE oraz PC, nawet dziś potrafi wywrzeć pozytywne wrażenie. Szczególnie na hybrydowej konsoli Nintendo. Przez lwią część czasu płynność nie spada poniżej 60 klatek zarówno w docku, jak i mobilnie, a tekstury są wysokiej jakości. Kilka razy łapałem się za głowę, bo nie mogłem uwierzyć, że to wersja pod NS2, a nie na przykład PS5 czy XSX. Oczywiście, gdy porównamy je bezpośrednio ze sobą, to maszynki Sony i Xboxa wypadają lepiej, ale te różnice nie są na tyle duże, aby czuć, że „mniejsza” edycja ma się czegoś wstydzić. Zauważyłem jedynie, że w trybie przenośnym część elementów otoczenia jest stała, a nie ruchoma, aby utrzymać ogólną jakość, ale to tyle.

Szkoda natomiast, że gra nie doczekała się pełnoprawnej wersji fizycznej. Mamy jedynie Game Key Card, przez co i tak trzeba całość pobrać na konsolę. Niby detal, ale dla kolekcjonerów dość bolesny. Cieszy natomiast, że omawiana edycja zawiera polskie napisy, więc użytkownicy z Polski nie są wykluczeni. Capcom zadbał również o opcjonalne sterowanie żyroskopowe, co na pewno ucieszy fanów takiego modelu zabawy. Na koniec wspomnę o loadingach, które są naprawdę krótkie i z uwagi na to, że to wersja Gold, to mamy dostęp do wszystkich DLC. Nie trzeba więc ich kupować osobno.

Miły powrót

Odpowiadając więc na pytania ze wstępu, tak, siódemka w wersji na NS2 jest świetną opcją zarówno do ponownego ogrania – na przykład mobilnie – jak i do rozpoczęcia swojej przygody z serią. To świetne i kompletne wydanie, które może stać na równi z innymi edycjami na pozostałe platformy. Płynna, ładna, zawierająca wszystkie dodatki i przygotowana z szacunkiem, w tym dla rodzimego polskiego gracza. Naprawdę nie czuć, aby czegoś tu zabrakło i oczywiście, w grze nie wszystko musi się podobać, ale wydanie na sprzęt Nintendo jest świetne. Do ideału brakuje tylko tego pełnego wydania na karcie, ale to już tylko moje życzenie.

Gameplay

YouTube player

Jeżeli podobał Wam się materiał, to koniecznie dajcie znać na X (dawny Twitter), Bluesky, naszym Discordzie, Redditcie lub Fediverse.


Za dostarczenie gry do testów dziękujemy firmie Capcom.
Udostępnienie kodu w żaden sposób nie wpłynęło na wydźwięk powyższego materiału.


Podoba Wam się nasza praca? Wesprzyjcie kawą ☕


Artur Janczak
Cześć! Mam na imię Artur i uwielbiam gry wideo niezależnie od platformy. Mimo 30 lat na karku cały czas sprawiają mi radość i liczę, że to się nie zmieni.
Scroll to top