Scarlet Nexus — recenzja. Świeży RPG z wciągającą fabułą

Dynamika rodem z Devil May Cry, struktura jRPG-a z lat 90′ i całkiem dużo niepotrzebnych rozmów. Tak w skrócie można określić Scarlet Nexus, tytuł, który skradł moje serce. Trzeba jednak przeboleć pewne rzeczy lub po prostu je zaakceptować, aby dobrze się bawić. Bardzo pomaga przy tym naprawdę interesująca fabuła, którą aż chce się odkrywać. Szkoda, że pewnie wiele osób w ogóle o tej grze nie słyszało, głównie ze względu na dość skromny marketing. Stąd też z miłą chęcią opowiem Wam co nieco o tej produkcji.

Mieszanka, której się nie spodziewałem

Demo Scarlet Nexus sprawdziłem na Xbox Series X. Z jednej strony byłem zadowolony, z drugiej udostępniony etap był trochę monotonny. To niestety ten przypadek, gdzie otrzymujemy wycięty kawałek bez znajomości całego kontekstu. Kiedy jednak zacząłem od zera, poznawałem mechaniki, postacie i inne elementy, to nagle wszystko zaczęło układać się w spójną całość. Gra jest dość mocno przesiąknięta rzeczami, które w głównej mierze występują w tytułach z Japonii. Ma to swoje dobre i złe strony.

Pojedynki są nie tylko widowiskowe, ale również bardzo dynamiczne. Możliwość rzucania obiektami z otoczenia dodaje jeszcze większej pikanterii. Same areny natomiast potrafią być zbyt małe, przez co wkrada się chaos. Wyjątkiem są starcia z bossami, tam nigdy miejsca nie brakuje. Świat, choć piękny, nie pozwala na zbyt dużą eksplorację, a ilość dialogów może mocno zniechęcić. Szczególnie że część rozmów dotyczy bardzo infantylnych tematów. Mimo to, jako całość, ciężko mi się było oderwać od tej produkcji.

Historia Scarlet Nexus

Akcja gry została osadzona w dalekiej przyszłości, w mieście New Himuka. Za sprawą odkrytego w mózgu hormonu, ludzkości udało się posiąść specjalne umiejętności. Takie odkrycie nie tylko zmieniło oblicze świata, ale również przyspieszyło rozwój w każdej dziedzinie. Nie wszystko jednak było tak piękne. W pewnym momencie znikąd pojawiły się dziwne istoty, które otrzymały nazwę Others (Inni). Aby chronić się przed nimi, większość ludzi żyje w miastach, gdzie mogą liczyć na ochronę władz i ich sił obronnych. Jednocześnie, wszyscy są pod stałym nadzorem, w imię lepszego jutra i bezpieczeństwa.

Tutaj wkraczamy my. Gracz musi na początku zdecydować, kim będzie grać. Do wyboru mamy Kasane Randal lub Yuito Sumeragiego. Oboje władają taką samą mocą, ale to zupełnie różne osoby pod względem charakteru. Dziewczyna myśli trochę jak żołnierz i musi nauczyć się, czym w ogóle jest empatia. Natomiast Yuito to z początku taki wesołek o dużym sercu, który najchętniej pomógłby dosłownie każdemu w dowolnej sprawie. Niezależnie od wyboru, odbiorca rozpocznie od procesu rekrutacji do grupy OSF (Other Suppression Force), której zadaniem są walki z Innymi.

Losy obojga będę się przeplatać. Decyzje podjęte przez jedno z nich wpływają na drugie. Dlatego też, aby w pełni poznać całą układankę trzeba przejść grę dwukrotnie, co niestety krótkie nie jest. Jedna kampania potrafi trwać wiele godzin, a druga sporo elementów powtarza. Choć genialny system walki pomaga przy takich samych wyzwaniach, to część osób może nie chcieć podchodzić do zabawy po raz drugi. Czy jednak warto to zrobić? Niestety, tak. Niestety, bo moim zdaniem drugie podejście powinno być inaczej skonstruowane, co najlepiej pokazał NieR Automata.

Czego możecie się spodziewać po fabule? Podróży w czasie, zdrady, wrobienia w zabójstwo, spisków, tajemnic i wiele więcej. Historia to najsilniejszy punkt tej produkcji. Niczym oglądając świetny serial lub anime, człowiek chce wiedzieć, co wydarzy się za chwilę. Nie brakuje zwrotów akcji, zaskakujących momentów i całej fali emocji. Nawet jeżeli trzeba pewne rzeczy powielać, to jest to gra warta świeczki.

W Scarlet Nexus warto rozmawiać z sojusznikami

Wiele rozmów sprawi, że będziecie chcieli je szybko pominąć, bo uprawa roślin, przepisy kulinarne czy zwykły „small talk” jedynie wybijają z rytmu. Mimo to tam gdzie gra sygnalizuje, że konwersacja wpłynie na relacje z bohaterami, należy to zrobić. Twórcy wymyślili sobie to tak, że im lepszy kontakt z zespołem, tym moce, które nam udostępniają, będą jeszcze silniejsze. Profity są naprawdę odczuwalne w walce, więc warto się trochę przemęczyć. Na szczęście, nie wszystkie wymiany zdań są durne i infantylne.

Często w ten sposób można poznać przeszłość danej osoby, jeszcze lepiej ją poznać i polubić lub nie. Świadomość, dlaczego ktoś jest taki, a nie inny, robi to, co robi, a także, czemu podjął danę decyzje, wpływa na całą immersję. Nagle odbiorca zaczyna widzieć cały obrazek i wiele wątków spina się w całość. To ciekawy proces, choć szkoda, że trzeba przejść grę dwa razy, aby dowiedzieć się dosłownie wszystkiego. Gdyby druga kampania wypełniała jedynie odpowiednie luki, byłoby o wiele lepiej. Mało kto będzie chciał przez kolejne godziny robić te same rzeczy.

Dante czy to ty?

Wspomniałem, że starcia w grze są niczym z DMC i jest w tym sporo prawdy. Niezależnie od postaci, na ekranie dzieje się dużo. Oprócz klasycznych ataków mamy również proste combosy, nasze moce pozwalają korzystać z elementów otoczenia — możemy zawładnąć autobusem i przejeżdżać nim wrogów, a do tego dochodzą techniki łączone. Te są zależne od tego, kto jest w naszej drużynie. Choć sojusznicy są kontrolowani przez SI, to możemy „pożyczać” od nich ich umiejętności w zależności od potrzeb. Oponent jest wrażliwy na elektryczność? Korzystamy z Shidena. Owady są zbyt szybkie, tutaj przyda się spowolnienie czasu od Arashi. Wróg potrafi być niewidzialny? Tsugumi sprawi, że zaraz się ujawni.

Aby korzystać z mocy sojuszników, ich „pasek energii” musi być choć trochę zapełniony. Dlatego cały czas należy zwracać uwagę, czy takowy jest gotowy, na wyczerpaniu lub obecnie całkowicie niedostępny. Łączenie mocy daje ogromne możliwości na polu walki, natomiast samych pomocników o różnych umiejętnościach jest całkiem sporo. Dlatego każdy rozdział daje nieco inne wrażenia. Do tego wszystkiego dochodzą jeszcze uniki, stan Brain Drive oraz Brain Field.

Drive napełnia się podczas starć i gdy jego pasek będzie pełen, to włącza się automatycznie. Zwiększa siłę ataku, ładowanie się mocy, podwyższa współczynnik otrzymywanego doświadczenia, redukuje czas użycia umiejętności oraz przyspiesza nieco naszą postać. Field to taki „Limit Break” gdzie protagonista nie zważa na nic i może wykonywać potężne ataki. Trzeba jednak mieć na uwadze, aby nie przebywać w tym stanie zbyt długo, bo może to doprowadzić do śmierci bohatera lub bohaterki. Na koniec mamy jeszcze wykończenia. W momencie, gdy obrona oponenta zostanie zniszczona, można go zgładzić jednym atakiem.

Ile w tym wszystkim jRPG?

Oprócz klasycznego zdobywania doświadczenia, zwiększania poziomów, uzbrojenia, mamy jeszcze drzewko rozwoju. Brain Map, bo tak ją nazwano, to uproszczona wersja systemu Grid z FFX. Za sprawą uzyskanych punktów wykupujemy dane bloki, które wpływają na naszą postać. Rozgałęzień nie ma zbyt wiele, przez co nie trzeba się zbytnio martwić, że wybierzemy złe współczynniki. To w zasadzie tyle. Nie ma tu skomplikowanych mechanik, nauki czarów z przedmiotów, skomplikowanych schematów i tym podobnych. Samo wyposażenie podzielono na kilka sekcji, gdzie trzy zarezerwowano na akcesoria.

Te nabywamy od sprzedawcy, znajdujemy w skrzyniach lub wymieniamy za konkretne surowce. Nie mają one zbytnio wpływu na wygląd postaci, gdyż sekcja „ciuchów” jest w oddzielnej zakładce menu. Choć muszę przyznać, że dostępne ubiory były dość osobliwe, wręcz brzydkie i wolałem pozostać przy oryginalnych, w których rozpocząłem całą zabawę. jRPG może się ludziom kojarzyć z grindem i tak, jeżeli ktoś chce, można odwiedzić poprzednie lokacje, ale nie jest to wymagane w trybie NORMAL. Sam z ciekawości sprawdziłem tylko kilka z nich, ale nie oferowały zbyt wiele.

Wszystko jednak przypominało mi strukturę Front Mission 3 z PSOne. Przerwyniki to w dużej mierze animowane awatary i zmiany tła. Trochę walki, eksploracji, hub, mapka z wydzielonymi miejscami. Może mam mylne wrażenie, ale kontrukcja tego wszystkiego w jakiś sposób wydawała mi się znajoma. Nawet pewne kawałki, a raczej ich ton w danych miejscach, wydawał się taki znany. Oczywiście, to nic złego i w żaden sposób nie wpływa to negatywnie na odbiór.

Pięknie, ale…

Od strony technicznej jest całkiem dobrze. Gra nie jawi się jako spektakularna produkcja. Spokojnie mogłaby wyjść na premierę PS4/XONE i wtedy miałaby większe szanse, aby kogokolwiek zaskoczyć. Styl anime w połączeniu z cell-shadingiem jest przyjemny dla oka, ale nie wybija się ponad przeciętność. Dlatego zdziwiło mnie, że na starszych konsolach nie ma 60 FPS-ów. Sam grałem na PC i nie miałem większych problemów. Oprócz braku pełnego wsparcia dla formatu 21:9 i przy wyjściu na pulpit powrót do gry wymagała kilkukrotnego przełączania się między aplikacjami. Ot, tak tytuł nie chciał wrócić do stanu początkowego.

Animacje są ładne, modele postaci również, natomiast sama muzyka, w dużej mierze skupiona na elektronicznych kawałkach spełnia swoją funkcję. Problem w tym, że utwory zbytnio nie zapadają w pamięć. Scarlet Nexus napędza dobra fabuła i świetne walki. Reszta schodzi trochę na dalszy plan. Co z tego, że w danym miejscu słyszę całkiem niezły utwór, jak nie zostawia on po sobie żadnego śladu w mojej głowie. Trochę szkoda, że bardziej nie zadbano o takie elementy.

Czy polecam Scarlet Nexus?

Jak najbardziej tak. Dawno zupełnie nowa produkcja nie zrobiła na mnie tak dużego wrażenia. Choć denerwują mnie rozmowy, to wiem, że ich cel jest znaczący dla całej zabawy. Ograniczenia w eksploracji i nietypowe przedstawienie scen to wizja, która w tym przypadku się sprawdza. Walki natomiast to sama przyjemność. Warto jednak przed zakupem zastanowić się, czy jesteś zaakceptować pewne elementy. Przez 40 godzin dostaniecie sporą dawkę wszystkich z nich.

Za dostarczenie gry do recenzji dziękujemy firmie Cenega

Cześć! Mam na imię Artur i uwielbiam gry wideo niezależnie od platformy. Mimo 30 lat na karku cały czas sprawiają mi radość i liczę, że to się nie zmieni.
Scroll to top