Kiedy Square Enix ogłosiło powstawanie nowej gry akcji inspirowanej klasycznymi odsłonami Zeldy z widokiem z góry od Team Asano, zrobiłem się podejrzliwie ciekawy. Piksele w ich wydaniu zawsze wyglądają pięknie, zastanawiało mnie jednak udźwignięcie przez twórców szybkiego tempa wymagającego nie lada refleksu. Po kilkudziesięciu godzinach spędzonych z The Adventures of Elliot: The Millennium Tales na PC mam już gotową odpowiedź. Deweloperzy sprostali temu zadaniu z ogromną nawiązką, chociaż po drodze kilka pomniejszych elementów zdążyło mnie porządnie zmęczyć.
Chłopak z sierocińca ratuje królestwo
W królestwie Huther ludzie zdecydowanie nie mają łatwego życia. Cały gatunek gnieździ się w jednym otoczonym grubymi murami mieście, a przed bestiami z zewnątrz chroni ich potężna magia księżniczki Heurii. Poza bezpieczne tereny zapuszczają się tylko nieliczni poszukiwacze przygód, jednym z nich jest właśnie tytułowy Elliot. Ten niezwykle sympatyczny młodzian zarabia na utrzymanie sierocińca, w którym sam dorastał. Kiedy nieopodal ludzkiej osady zostają odkryte tajemnicze ruiny, władca zleca naszemu protagoniście dokładne zbadanie sprawy. Rutynowy zwiad błyskawicznie zamienia się w coś znacznie poważniejszego, w podziemiach czekają bowiem wrota prowadzące przez czas, a chętnych do ich wykorzystania w niecnych celach nie brakuje.
Historia przypomina w swoich założeniach prostą i niezwykle przyjemną baśń. Nie rzuci Was na kolana skomplikowaną intrygą, nadrabia za to niesamowicie ciepłym klimatem. Elliot to typowy bohater budzący natychmiastową sympatię gracza, a jego unikalna relacja z księżniczką podsłuchującą przygodę przez zaklęte kolczyki ma w sobie sporo uroku. Zaskakująco dobrze wypadają tu również zadania poboczne, z pozoru błahe zlecenia zwykłych mieszkańców angażują nas znacznie bardziej, niż sugerowałyby to ich początkowe opisy. Gorzej wypada kwestia samych dialogów, tych zaimplementowano w grze stanowczo za dużo. Przewijanie konwersacji bywa wyjątkowo ryzykowne, skoro to właśnie one popychają fabułę do przodu i kierują nas do kolejnych lokacji. Gra dość długo się przez to rozkręca, zanim wreszcie wrzuci na wyższy bieg.
Miecz, bomby i cała reszta
Kiedy jednak akcja wreszcie nabiera odpowiedniego tempa, produkcja trzyma wysoki poziom aż do samych napisów końcowych. To w głównej mierze zasługa rewelacyjnej walki ciągnącej cały tytuł w górę. Elliot zaczyna wyłącznie z mieczem i tarczą, z czasem jego arsenał puchnie o włócznię, ciężki młot, łańcuch z sierpem, łuk, bumerang oraz śmiercionośne bomby. Dwie wybrane bronie bez problemu przypisujemy do przycisków kontrolera i możemy je płynnie podmieniać w locie. Miecz tnie bardzo szeroko, włócznia sięga daleko, ciężki młot momentalnie ogłusza oponentów, bumerang załatwia z kolei sprawy na bezpieczny dystans. Do tego dochodzi przydatny blok tarczą z własnym paskiem wytrzymałości oraz parowanie, pozwalające szybko wytrącić przeciwnika z równowagi. Nasza postać błyskawicznie reaguje na wydawane polecenia, wszystkie animacje są odpowiednio płynne, a potyczki dostarczają mnóstwa czystej frajdy.
Twórcy dorzucili też specjalny system nagradzający ostrożność gracza. Każdy pokonany wróg bez uprzedniego otrzymania obrażeń podbija licznik combo, a ten zaś odczuwalnie zwiększa Drop Bonus dający szansę na zdecydowanie lepsze łupy. Nie uświadczycie tu żadnego uciążliwego limitu czasowego, liczy się wyłącznie sprawne unikanie ciosów. Opcja ta brzmi bardzo niepozornie, ale w praktyce potrafi całkowicie zmienić podejście do niemal każdej trudniejszej bitwy. Bezmyślne wbieganie w dużą grupę oponentów zwyczajnie się nam nie opłaca. Bossowie potrafią mocno przycisnąć gracza, co widać szczególnie po wybraniu wyższych poziomów trudności. To właśnie przy tych epickich starciach najbardziej doceniamy różnorodność zabieranego ekwipunku, sprytny dobór oręża momentalnie zamienia frustrujące starcie w czystą satysfakcję.
Faie, wróżka, która nie umie milczeć
Drugim fundamentalnym filarem rozgrywki jest Faie, urocza wróżka dołączająca do Elliota na samym początku tej wielkiej przygody. Sterujemy nią za pomocą prawej gałki analogowej, takie rozwiązanie sprawdza się na padzie zaskakująco dobrze. Nasza magiczna towarzyszka sama podbiera rozrzucone łupy, podszczypuje nadbiegających przeciwników, a wraz z kolejnymi postępami uczy się coraz silniejszych czarów. Zamiast klasycznych i sztampowych żywiołów dostajemy tu całkiem nietypowe zdolności obejmujące podpalanie elementów otoczenia, klonowanie głównego bohatera, teleportację czy chwilowe przyspieszenie biegu. Wszystkie te opcje mają swoje konkretne zastosowanie zarówno podczas krwawych starć, jak i przy rozwiązywaniu skomplikowanych zagadek w ciemnych lochach. Projektanci wykazali się pomysłowością w żonglowaniu dostępnymi mechanikami, odpowiednie ograniczenia czasowe pilnują przy tym braku nadużywania rzucanej magii.
Pojawia się jednak pewien drobny problem, Faie praktycznie nie zamyka swojej buzi podczas eksploracji świata. Nieustannie nakazuje nam pójść w konkretne miejsce lub krzyczy o zbliżającym się niebezpieczeństwie. Takie ciągłe prowadzenie za rączkę bywa mocno nachalne i szybko odziera swobodną eksplorację z części frajdy, gra podpowiada poprawne rozwiązanie tuż przed daniem nam realnej szansy na samodzielne pomyślenie. Na całe szczęście w opcjach systemowych można z łatwością ograniczyć gadatliwość naszej sojuszniczki oraz częstotliwość pojawiania się znaczników celu, co szczerze polecam zrobić od razu po uruchomieniu gry. Gorzej wypada natomiast kwestia samych okrzyków bojowych Elliota słyszalnych podczas wyprowadzania standardowych ataków. Tych dźwięków nie da się w żaden sposób wyciszyć, po kilkunastu godzinach powtarzalne wrzaski potrafią zakorzenić się w głowie znacznie mocniej, niż ktokolwiek by sobie tego w ogóle życzył.
Losowanie perków u kamieniarza
Dodatkowej głębi nadaje tu rozbudowany system Magicite opierający się na specjalnych kamieniach wpinanych w poszczególne rodzaje broni. Część modyfikatorów bywa czysto liczbowa i gwarantuje nam nieco większe obrażenia, niektóre ulepszenia potrafią jednak realnie zmienić cały nasz dotychczasowy styl gry. Płonące strzały, potężne bomby z dużą szansą na ogłuszenie wroga albo specjalna osłona chroniąca bohatera ze wszystkich stron sprawdzają się na polu bitwy wręcz wyśmienicie. Magiczne kamienie przypisano do bardzo konkretnych typów noszonego oręża, nie przełożymy zatem ulepszenia wyciągniętego z włóczni bezpośrednio na miecz. Liczba dostępnych miejsc w ekwipunku rośnie naturalnie wraz z naszymi postępami. Grzebanie w tych skomplikowanych konfiguracjach wciągnęło mnie znacznie bardziej, niż początkowo zakładałem. Dobrze spasowany zestaw potrafi całkowicie odmienić losy z góry przegranej potyczki.
Nowe i błyszczące kryształy Magicite zdobywamy prosto w ukrytych skrzyniach lub rzemieślniczo tworzymy u miejskich sprzedawców w zamian za znalezione fragmenty. Proces ten działa w ciekawy sposób przypominający klasyczne losowanie, ostateczny wynik takiej fuzji jest całkowicie przypadkowy. Z czasem naturalnie podnosimy rangę odwiedzanego sklepu i możemy chociaż wstępnie wskazać broń dedykowaną pod tworzony aktualnie kamień. W tytule przeznaczonym wyłącznie dla pojedynczego gracza taka losowa loteria absolutnie nikomu nie robi żadnej krzywdy, potrafi wręcz dodać przyjemny dreszczyk emocji przy okazji każdej wizyty u znajomego handlarza. Do całości dochodzą jeszcze poboczne akcesoria z cennymi pasywnymi zdolnościami obejmującymi ochronę przed wysokim upadkiem czy swobodne szybowanie w powietrzu. Początkowo mamy bardzo niewiele miejsca na tego typu dodatki, kolejne przydatne rozszerzenia czekają jednak sprytnie ukryte w świecie gry. Stanowi to z pewnością rewelacyjną zachętę do uważnego zaglądania w każdy możliwy kąt na mapie.
Cztery epoki, jedna mapa
Zaglądać w przeróżne miejsca zdecydowanie jest tu gdzie, przynajmniej takie wrażenie odnosimy na pierwszy rzut oka. Zaśnieżone szczyty, rozległe pustynie, gęste dżungle oraz trujące bagna gęsto przeplatają się z dziesiątkami tajemniczych jaskiń czy głębokich lochów. Po całej mapie rozsiane są liczne kapliczki trwale zwiększające nasze bazowe zdrowie lub mocno rozwijające drzemiące w Faie moce. Każda budowla stanowi zupełnie osobne wyzwanie testujące naszą zręczność, spryt bądź wyuczone umiejętności bojowe. Gra podrzuca nam też urocze zadania poboczne pokroju poszukiwań zagubionych kotów dla pewnej zwariowanej mieszkanki miasta. Dostępne są również opcjonalne minigry polegające na ciągłym biciu rekordów w precyzyjnym rzucaniu czarów. Za bezpieczne punkty kontrolne służą tu drewniane drogowskazy, to właśnie przy nich bezpiecznie zapiszemy postępy, swobodnie zmienimy poziom trudności i szybko przeniesiemy się do innego obszaru. Resetuje się tam także dotkliwy licznik opłat za ewentualne wskrzeszenie pokonanego w walce bohatera. Złota Faie potrafi magicznie postawić Elliota na równe nogi za odpowiednią sumę waluty Tul, niestety każda następna reanimacja kosztuje nas znacznie więcej. Ten niezwykle sprytny i przemyślany system skutecznie karze za zbytnią pazerność, oszczędzając nam jednocześnie utraty ciężko wypracowanych postępów.
Sam obiecujący motyw płynnej podróży w czasie zapowiadał się fenomenalnie, wypadł on jednak zdecydowanie najsłabiej z całego zestawu zaprezentowanych nam mechanik. Cztery historyczne epoki oznaczają w ogólnym rozrachunku poczwórne zwiedzanie dokładnie tej samej mapy z zaledwie małymi i stricte kosmetycznymi zmianami niektórych tras czy porastającej otoczenie roślinności. Doskonale rozumiem tu pierwotny zamysł twórców, uważne obserwowanie naturalnej ewolucji zwiedzanego świata na przestrzeni kolejnych wieków posiada swoje niewątpliwie wspaniałe momenty. Dzieje się tak zwłaszcza w tych unikalnych chwilach, kiedy to długa historia z mozolnie odnalezionych wcześniej zapisków wręcz ożywa przed naszymi własnymi oczami. Zwykli przeciwnicy w każdej badanej epoce pozostają jednak do bólu identyczni, natomiast podziemne jaskinie wyglądają nad wyraz powtarzalnie. Takie ciągłe i wymuszone wracanie do dawno zaliczonych lokacji w celu zlokalizowania świeżych skrzyń potrafi zrobić się z biegiem czasu zwyczajnie męczące. Zauważalnie mniejsza liczba epok idąca w parze z ich znacznie szerszym zróżnicowaniem wyszłaby tej pięknej przygodzie na dobre.
HD 2D w pełnym biegu
Wizualnie trudno się tu do czegokolwiek poważnie przyczepić. Stylistyka w konwencji HD 2D w dynamicznej grze akcji wciąż stanowi ogromną rzadkość na rynku, The Millennium Tales perfekcyjnie pokazuje kompletnie niewykorzystany potencjał tego graficznego rozwiązania. Sposób świetnego operowania wirtualnym światłem oraz artystycznymi ujęciami uciekającej kamery udowadnia, że opisywana estetyka idealnie sprawdza się poza spokojnymi produkcjami turowymi. Niektóre szczegółowe lokacje wręcz zmuszają wpatrzonego w ekran gracza do chwilowego zatrzymania się i spokojnego podziwiania przepięknych widoków. Udźwiękowienie początkowo wydawało mi się jedynie poprawne i mało wyróżniające się z tłumu. Urokliwe motywy z głównej mapy świata błyskawicznie zdążyły się jednak zakorzenić w mojej głowie, łapię się wręcz na ciągłym nuceniu ich przy wykonywaniu domowych obowiązków. Znacznie słabiej prezentuje się sam mówiony dubbing brzmiący wyjątkowo płasko i bezbarwnie na tle reszty krystalicznego audio, mamy tu na szczęście pełny wybór pomiędzy oryginalnym językiem angielskim oraz japońskim.
Z czysto technicznego punktu widzenia wersja przygotowana z myślą o komputerach osobistych wypada niezwykle solidnie. Zastosowane wymagania sprzętowe zdecydowanie nie należą do najniższych, absolutne minimum do komfortowej zabawy stanowi obecnie 16 GB szybkiej pamięci RAM oraz popularna niegdyś karta GeForce GTX 1650. Na dobrze utrzymanej konfiguracji produkcja przez cały czas działa wysoce stabilnie i nie sprawia graczom przykrych niespodzianek. Dumni posiadacze mobilnego sprzętu Steam Deck muszą niestety liczyć się z ograniczoną płynnością celującą w równe trzydzieści klatek na sekundę oraz widocznie krótszym czasem pracy na wbudowanej baterii. Da się w ten przenośny sposób bawić bez żadnego problemu, chociaż ogólny komfort płynący z takiego doświadczenia jest odczuwalnie niższy. Przez cały długi okres testowania tytułu ani razu nie natrafiłem na jakikolwiek uciążliwy błąd. Biorąc pod uwagę dzisiejsze, często opłakane standardy premierowe, należy to głośno odnotować jako ogromną zaletę samą w sobie.
Podsumowanie
The Adventures of Elliot: The Millennium Tales to ostatecznie niezwykle udany i odważny eksperyment. Ta intrygująca produkcja stanowi solidny dowód na ogromne i nieco uśpione możliwości utalentowanego zespołu Team Asano. Zaimplementowana i dopieszczona mechanika walki należy do absolutnie najlepszych, najbardziej płynnych systemów w tym gatunku gier od wielu lat. Sprytne zarządzanie modyfikującymi kamieniami Magicite oraz przydatnymi akcesoriami pobocznymi daje potyczkom upragnioną, wysoce satysfakcjonującą taktyczną głębię. Magiczny, pieczołowicie wykreowany świat nieustannie zachęca gracza do ciągłej eksploracji mimo dość odczuwalnego z czasem recyklingu najczęściej odwiedzanych lokacji.
Do poczucia absolutnej pełni szczęścia zabrakło mi jedynie odrobiny autorskiej odwagi w projektowaniu i wizualnym urozmaicaniu prezentowanych epok historycznych oraz nieco mniej inwazyjnych, powściągliwych w słowach towarzyszy podróży. Jeżeli od dawna gorąco tęsknicie za klasycznymi, starszymi odsłonami popularnej serii Zelda lub macie ochotę przetestować tak śliczną oprawę w niespotykanym dotąd tempie akcji, śmiało kupujcie ten tytuł w ciemno.
Gameplay

Jeżeli podobał Wam się materiał, to koniecznie dajcie znać na X (dawny Twitter), Bluesky, naszym Discordzie, Redditcie lub Fediverse.
Udostępnienie kodu w żaden sposób nie wpłynęło na wydźwięk powyższej recenzji.












