Muszę Wam się do czegoś przyznać – Top Gun nigdy mnie jakoś specjalnie nie porwał, aczkolwiek bynajmniej nie przeszkodziło mi w to wielkim umiłowaniu gatunku militarnych „latadełek”, nawet jeśli o tej sympatii zazwyczaj zapominam na długie miesiące, nim przypadkiem trafię na tytuł, który sprawi, że zapłonie ono żywym ogniem. Tym razem trafiło na Ace Combat 8: Wings of Theve, najnowszej odsłony marki, o której przez lata słyszałem mnóstwo dobrego, wliczając w to przyrównania do serii Metal Gear w kontekście mocnego nacisku na aspekt fabularny. Nadszedł zatem najwyższy czas, by zakrzyknąć „sprawdzam” i ruszyć w przestworza.
Zamknięty wątek wojennej historii
Od razu nadmienię, że wspomniane porównania do MGS-ów są nieco przestrzelone, przynajmniej w przypadku Wings of Theve. Fakt, mamy tu do czynienia z futurystyczną produkcją o tematyce militarnej, która poza zestrzeliwaniem wrogich myśliwców próbuje zainteresować gracza poznawaniem jej bohaterów i zastanowieniem się nad filozoficznym aspektem wojny, ale na Waszej drodze bynajmniej nie staną czytający dane z Waszych dysków przeciwnicy, a radaru nie będziecie unikać, chowając samolot w kartonie. Co więcej, zabawę z serią na luzie rozpocząć można od najnowszej odsłony, bowiem – podobnie jak poprzednie – stanowi ona zamkniętą całość ze sporadycznymi odniesieniami do poprzedniczek.

W przypadku Wings of Theve przygotujcie się mimo wszystko na sporą dozę skonfundowania. Gra rozpoczyna się in medias res – wojska Federacji Centralnej Usei już od kilku miesięcy ścierają się z siłami Republiki Sotoy, a my zyskujemy drugie życie, kiedy należący do FCU lotniskowiec wyławia nas oraz naszego kompana z oceanu po przegranej bitwie. Nie mija nawet dzień, kiedy zostajemy wpakowani do myśliwca z tytułowym pilotem, legendarnym Wings of Theve. Taki z niego as, że kilka minut później ginie, utknąwszy po zestrzeleniu w tonącym samolocie. Jego nazwa kodowa zostaje powierzona nam, byle tylko utrzymać mit legendarnego pilota przy życiu, podtrzymując tym samym morale armii.
Wojenna propaganda
Motyw wojennej propagandy przywodzi na myśl Ducha Kijowa sprzed kilku lat i pozostaje jeszcze bardziej aktualny dzisiaj, kiedy odsianie prawdy od kłamstw z każdym miesiącem staje się coraz trudniejsze. Ace Combat 8 niestety nie robi z nim nic nadzwyczaj interesującego, ograniczając się do konieczności przynoszenia nadziei uciemiężonemu ludowi, tym samym niejako przyklaskując sianiu propagandy. Tego typu dziwnych, potencjalnie ciekawych, choć koniec końców zmarnowanych wątków jest więcej, na czele ze wspomnianym, tragicznie zmarłym pilotem Wings of Theve, który prowadzi z zaświatów monolog w głowie naszego niemego protagonisty. Dlaczego? Czy to faktycznie jego duch? Czy to efekt traumy głównego bohatera? Nie wiadomo!

Charakterni bohaterowie w konfundującym śiecie
Co gorsza, gra jednocześnie niespecjalnie dobrze radzi sobie w zarysowaniu samego konfliktu. Twórcy rzucają w gracza nazwami państw i regionów, grupami rebeliantów, pomniejszymi siłami wojskowymi, a nawet tajemniczymi organizacjami o iluminackich zapędach, lecz mimo to po dwudziestu godzinach rozgrywki w zasadzie nie wiedziałem, o co tak naprawdę FCU walczy z Sotoą. Chciałbym móc spuentować ten zarzut próbą skomentowania przez scenarzystów bezsensu wojny, ale to niestety raczej zmarnowany potencjał, aniżeli sprytne scenopisarstwo. To albo mnie coś umknęło, o co w Wings of Theve nietrudno, bo masa dialogów odbywa się w trakcie starć, kiedy akurat próbujemy pozostać przy życiu.
Zdecydowanie lepiej wypada natomiast aspekt ludzki opowieści. Członków naszej eskadry da się polubić, aczkolwiek wciąż są to raczej przerysowane, typowo japońskie archetypy, których konkretne przywary stają się ich całym charakterem. Podobnież sprawa ma się z antagonistami. Konwencję tę trzeba po prostu kupić, przymykając oko na pewną infantylność scenariusza, która wynagradzana jest licznymi, patetycznymi scenami, przy których co wrażliwsi mogą się nawet wzruszyć. Słowem podsumowania, Ace Combat 8: Wings of Theve to Top Gun w wersji anime i jeżeli jesteście na japoński styl opowiadania historii uczuleni, przed zagraniem powinniście się zaopatrzyć w surowicę.

Arcade dla wielu rodzajów graczy
Zagrać natomiast warto, bo jest to przede wszystkim kapitalne „latadełko”, skręcające w stronę w arcade’u, aniżeli symulatorowych ambicji, choć przyznać trzeba, że myśliwce w Wings of Theve charakteryzują się odczuwalnym ciężarem, dzięki któremu ma się wrażenie pilotowania faktycznej maszyny, a nie papierowego samolociku. To powiedziawszy, Ace Combat 8 jest produkcją przystępną nawet dla świeżaków – poza kilkoma poziomami trudności i licznymi punktami kontrolnymi w trakcie misji, możemy wybrać również podstawowy bądź zaawansowany styl sterowania.
Ten pierwszy pozwala na łatwiejsze opanowanie samolotu, upraszczając nieco sposób jego pilotowania (przypomina to trochę kosmiczne „latadełka” pokroju Everspace 2), za to ten drugi za cenę wyższego progu wejścia, oddaje w nasze ręce większą kontrolę nad tym, co robi samolot (co ciekawe, taki sam model latania wykorzystano w GTA Online, więc paradoksalnie może wydawać się on bardziej naturalny dla nawet „każualowych” pilotów). Ich tajniki przedstawi Wam szereg stosunkowo krótkich, opcjonalnych misji treningowych.

Zbuduj swój samolot
Oczywiście na rozgrywkę duże przełożenie ma wybór samolotu i jego wyposażenia. Ace Combat 8 oferuje 32 maszyny, które stopniowo odblokowywać będziemy za punkty zdobywane w trakcie składającej się z trzydziestu misji kampanii. Mamy tu między innymi stareńkie już MiG-i 21, SU-37, kultowe myśliwce F-16 w najrozmaitszych wersjach, zdecydowanie nowsze F-35-ki, a także eksperymentalne SU-47 tudzież kilka fikcyjnych samolotów. Wszystkie maszyny podzielono na kategorie, podpowiadające, w jakiej sferze sprawdzą się najlepiej: walce powietrznej, powietrzno-lądowej czy jako wsparcie.
Otrzymujemy przy tym pełną dowolność w doborze samolotu – jeżeli go kupiliśmy, możemy go użyć, niezależnie od przeznaczenia. Każdy z nich dysponuje ponadto trzema możliwymi do odblokowania rodzajami broni specjalnej, wspierającej standardowo rakiety oraz działko pokładowe, a także całą masę opcjonalnego wyposażenia wpływającego na zachowanie samolotu w trakcie lotu, jego wytrzymałość, ładowność amunicji czy nawet łatwość bycia namierzonym przez wroga. Jako że miejsce na broń specjalną i dodatkowe gadżety jest ograniczone (im droższy samolot, tym slotów jest więcej), trzeba się niekiedy pogłowić, co wybrać, ale Ace Combat 8 skonstruowano w taki sposób, że na standardowym poziomie trudności podstawowym myśliwcem przejdziemy nawet finałowe misje, choć będzie to bardziej wymagające.

Mało tego, możemy też podjąć decyzję o maszynach, do których wsiądą członkowie naszej eskadry, o ile tylko tego chcemy. Nic nie stoi jednak na przeszkodzie, by oddać to komputerowi, który radzi sobie pod tym względem całkiem nieźle. Znów, podejrzewam, że ma to większe znaczenie na wyższych poziomach trudności, na których wsparcie kompanów jest ważniejsze niż na tym standardowym. Grając na „normalu” nawet możliwość wydawania im prostych komend (skupienie się na konkretnym celu bądź kilku różnych, osłanianie nas przed przeciwnikami czy wykorzystanie broni specjalnych) sprowadza się do ciekawostki, a nie ważnego elementu rozgrywki.
Proste zasady, emocjonująca przygoda
Sama kampania składa się z kolei z różnorodnych, aczkolwiek mimo wszystko raczej sztampowych misji. Widoczne jest to zwłaszcza na początku przygody, kiedy czas zajmuje nam głównie bombardowanie celów naziemnych bądź ostrzeliwanie się z wrogimi pilotami podczas eskortowania celu. Im dalej w las, tym lepiej, bo choć lwia część zabawy nadal upływa nam na tym samym, to diametralnie zmienia się kontekst. Twórcy nie boją się sięgać po futurystyczne motywy, toteż spodziewać należy się potyczek z wyposażonymi w działa magnetyczne lądowymi krążownikami wielkości kilku budynków czy widowiskowych batalii wokół windy kosmicznej. Nie zabrakło również krótkich, opcjonalnych przerywników w postaci manualnego lądowania bądź tankowania w locie.

Zaskakująco dużą rolę odgrywają w Wings of Theve chmury, które nie są wyłącznie elementem wizualnym, ale czymś, co wykorzystać można w trakcie walki, by ukryć się w nich przed przeciwnikiem bądź zgubić wystrzelone przez niego pociski. Z tej samej taktyki korzystają oczywiście oponenci. Pamiętać należy przy tym, by nie pozostawać wewnątrz chmur zbyt długo, bo grozi to oblodzeniem skrzydeł, prowadzącym koniec końców do utraty panowania nad maszyną i katastrofy. Zresztą nie potrzeba oblodzenia do tragedii, wszak stracenie orientacji w warunkach ograniczonej widoczności niejednokrotnie przyczyniło się do pikowania przeze mnie prosto w ocean. To, jak wiele emocji dodają do potyczek zwykłe chmury, jest nie do przecenienia, choć i bez nich podniebne starcia to czysta kokaina.
Lotniczy GaaS
Nie zdziwcie się zatem, jeżeli po przejściu kampanii wciąż będziecie mieli ochotę na więcej. Nie będziecie musieli ograniczać się wyłącznie do powtarzania tych samych misji – z pomocą przychodzi bowiem tryb sieciowy Ace Combat Online, stanowiący w pewnym sensie grę w grze. To w zasadzie dokładnie ten sam model rozgrywki, co w kampanii, ale pozbawiony fabularnej otoczki. Po stworzeniu swojego awatara i dobraniu samolotu wraz z wyposażeniem możemy ruszyć do boju wraz z innymi graczami bądź przeciw nim.

Większość z dostępnych trybów to jakaś wariacja na temat niszczenia kierowanych przez sztuczną inteligencję celów, lecz nie zabrakło również klasycznych deathmatchów, które dość szybko zrewidują własne mniemanie o umiejętnościach większości z domorosłych pilotów. Będąc jednak szczerym, to pomimo mojego narzekania na warstwę fabularną kampanii, bardzo brakowało mi jej patosu w trybie sieciowym, co w połączeniu z wysokim progiem wejścia sprawiało, że satysfakcja z rozgrywki była zdecydowanie mniejsza.
Jeżeli jednak w „symulatorach” latania jesteście zakochani, a na Waszym biurku stoi dżojstik z wolantem, to tytuł ten zapewni Wam co najmniej dziesiątki godzin zabawy i możliwe, że skusi Was do nabycia przepustki sezonowej. Ace Combat 8: Wings of Theve posiada bowiem wirtualny sklep z samolotami i masą kosmetycznych pierdółek, ale nabyć można je również za walutę zdobywaną poprzez samą grę. Fanów Bandai Namco ucieszy fakt, że w oczekiwaniu na dobranie graczy do meczu można za darmo umilić sobie czas przy maszynie z automatami. Obecnie znajdziemy tam Pac-Mana, Galagę, Rally-X i Dragon Spirit, ale tytuły mają zmieniać się co sezon.

Lotnicza precyzja
Pod względem technologicznym trudno jest Ace Combat 8: Wings of Theve cokolwiek zarzucić. W zasadzie jedynym mankamentem w moim odczuciu są nieco mechaniczne animacje postaci w przerywnikach filmowych, ale umówmy się, ma to marginalne znaczenie w kontekście gry o samolotach. Po wzbiciu się w powietrze tytuł ten prezentuje się wręcz wyśmienicie, o ile tylko nie leci się zbyt blisko podłoża, co nie powinno dziwić nikogo, kto kiedykolwiek w podobną produkcję grał. Cieszą przede wszystkim szczegółowe modele, oświetlenie i wspomniane wcześniej chmury. Udźwiękowienie z kolei wypada w moim odczuciu raczej poprawnie i żaden z elementów – ani muzyka, ani dubbing – nie wyróżnia się ani na lepsze, ani na gorsze.
Wings of Theve oferuje ponadto dwa tryby grafiki – 30 FPS i 60 FPS, przy czym różnice między nimi są na tyle mikre, że nie widzę powodu, by rezygnować z płynności. To powiedziawszy, stawiając na wyższą rozdzielczość, nie będziecie cierpieli zbyt mocno, bo w trzydziestu ramkach lata się zaskakująco komfortowo. Obawiać nie musicie się przy tym żadnych błędów – w ciągu kilkudziesięciu godzin zabawy nie doświadczyłem ani jednego, nawet drobnego spadku klatek.
Latadło nie tylko dla weteranów
Ace Combat 8: Wings of Theve to zdecydowanie jedne z najprzyjemniej spędzonych przy konsoli godzin, które przeżyłem w tym roku. Początek, faktycznie, wzbudzał pewne obawy, ale dość szybko dałem się porwać japońskiemu patosowi i tryskającym adrenaliną potyczkom powietrznym. Wolałbym wprawdzie sensowniejszy wątek fabularny, ale wszelkie niedociągnięcia wynagradza perfekcyjny model latania wszystkimi tymi cudownymi maszynami. Jest to przede wszystkim gra bardzo przyjazna nowicjuszom i świetny sposób, by rozpocząć swoją przygodę z „latadełkami”, w dodatku z szansą, że przerodzi się ona w miłość do wirtualnych przestworzy.
Ace Combat 7: Skies Unknown – recenzja (Switch). Nieznane niebo
Jeżeli podobał Wam się materiał, to koniecznie dajcie znać na X (dawny Twitter), Bluesky, naszym Discordzie, Redditcie lub Fediverse.
Udostępnienie kodu w żaden sposób nie wpłynęło na wydźwięk powyższego materiału.


