Broken Ranks okiem singlowego gracza

Ja wiem. Wiem, że granie w produkcje MMO w pojedynkę nie jest, lekko mówiąc, najmądrzejszym pomysłem. To w końcu gry stworzone z myślą o – jak wskazuje nazwa – masowym odbiorcy, więc choć teoretycznie można w nie sobie pograć samemu, ominie nas wówczas spora część zaplanowanego przez twórców doświadczenia. Mając to jednak na uwadze, postanowiłem po raz kolejny dokonać aktu graczowskiego nieposłuszeństwa i sprawdzić, czy granie w Broken Ranks samemu ma jakikolwiek sens.

Świat piękny, tylko ludzie brzydcy

Do produkcji polskiego Whitemoon Games przyciągnęła mnie przede wszystkim prześliczna oprawa graficzna. Przepiękne, ręcznie malowane tła spokojnie mogłyby być sprzedawane jako obrazy do powieszenia na ścianie. Efekt wprawdzie psują nieco średnio urodziwe modele postaci i przeciwników, ale rzut izometryczny skutecznie maskuje ich brzydotę. Niestety tylko częściowo, bo już w trakcie potyczek (a tych jest tu sporo) zmuszeni jesteśmy do bliższych oględzin bohaterów.

Prawie jak w Królu Lwie!

Oprawa graficzna to jednak zaledwie hak, na który Whitemoon Games złapało mnie jeszcze w momencie styczniowej premiery Broken Ranks. Byłoby to spore osiągnięcie, gdyby nie fakt, że jestem osobą dość łasą na ładne obrazki, więc kwestią czasu było, aż w końcu po ich grę sięgnę. Dopiero w tym momencie zaczyna się prawdziwa zabawa, bo trzeba mnie – szamoczącego się na tym haku niczym rasowy szczupak – utrzymać, a najlepszym sposobem sedacji jest w tym wypadku zaserwowanie mi smakowitej opowieści.

Kurierski ruch oporu

I znów, doskonale wiem, że gry MMO to nie produkcje, w których fabuła ma większe znaczenie. Nie zmienia to jednak faktu, że Broken Ranks zapowiadał się pod tym względem naprawdę nieźle. Pełen wybuchów i eksplozji prolog bezpardonowo wrzucił mnie w sam środek wojny między moim rodzimym Taernem a wyżynającym jego mieszkańców Utorem. Przeważające siły wroga zalały niestety ostatni bastion mojej ojczyzny, Taern padł, a ja wraz z garstką ocalałych musiałem ewakuować się do Haligardu, gdzie miałem stać się ważną częścią ruchu oporu.

Przechodząc przez pomost, pozostawimy za sobą płonący Taern, by ruszyć ku krainom większego expa.

Główny wątek fabularny Broken Ranks wypada naprawdę nieźle, aczkolwiek zdecydowanie nie była to miłość od pierwszego wrażenia. Nie licząc prologu, początek jest strasznie niemrawy i żmudny. Przełożeni nie tylko zdradzają nam stosunkowo niewiele, co do celu naszych działań, ale dodatkowo wysyłają nas praktycznie wyłącznie na trwające wieki zadania kurierskie. Biegamy więc po całej mapie między kilkoma, zawsze tymi samymi punktami, by w każdym z nich zamienić dosłownie parę słów z kontaktem i zostać przez niego odesłanym do kolejnego interesanta.

W późniejszych etapach opowieści robi się znacznie ciekawiej. Zdecydowanie mniej jest bezsensownego bieganie w tę i nazad, a więcej faktycznie interesujących dyskusji i celów do zrealizowania. Zadania robią się też krótsze, ale za to jest ich więcej, więc nie towarzyszy nam już uczucie brodzenia w błocie. Zastąpiło je bowiem miłe przekonanie, że faktycznie popychamy fabułę do przodu. W dodatku co rusz okazuje się, że wykonane misje poboczne mają pewien wpływ na narrację. Świetnie buduje to immersję, nawet jeśli efekt jest tylko kosmetyczny.

Shrek zdecydowanie mnie na to nie przygotował…

Idziemy expić

Problem w tym, że dotarcie do kolejnych wątków historii wymaga masy grindu. Nie jest to moje pierwsze MMO, więc absolutnie rozumiem, że czasami trzeba pozabijać trochę przeciwników i porobić kilka powtarzalnych zleceń, by dobić do kolejnego poziomu i odblokować nowe zadanie, ale Broken Ranks to pod tym względem istny koszmar. Zamiast wydzielać po jednym queście fabularnym na poziom, twórcy postanowili bowiem, że zdecydowanie lepszym pomysłem będzie udostępnianie ich graczowi w paczkach po osiągnięciu kilku konkretnych poziomów – pierwszym, siódmym, trzynastym, dwudziestym drugim, trzydziestym i czterdziestym.

Zatem, by ruszyć fabułę do przodu, musimy wbić nie jeden, a niekiedy aż dziesięć poziomów. Co gorsza, wykonanie wszystkich głównych i pobocznych zadań nie dostarczy nam wystarczająco dużo punktów doświadczenia, by dobić do kolejnego etapu historii, więc czeka nas kilkanaście ładnych godzin męczenia biednych potworów, zanim dociułamy do tego kolejnego questa. Teoretycznie mają nam w tym pomóc powtarzalne zlecenia, ale po wykonaniu jednego musimy odczekać pół godziny, by podjąć się następnego, niezależnie od zleceniodawcy. A jak zabić ten czas? Cóż, może piętnasta wyprawa na Ichtiona lub żabki?

Niektóre lokacje przywodzą na myśl wiedźmińskie Toussaint.

Samotność w sieci

Skutecznie wysysa to większość frajdy z rozgrywki, która sama w sobie jest naprawdę przyjemna. Turowy system walki sprawdza się bardzo fajnie, dając spore pole do popisu dla domorosłych taktyków, aczkolwiek dość zauważalnie nie stworzono go z myślą o pojedynczych graczach. W trakcie potyczek nie można się chociażby leczyć, więc o ile nie zgadaliśmy się wcześniej na wspólną zabawę z druidem, pozostaje mieć nadzieję, że nasz pasek życia wystarczy, a i bóg RNG spojrzy na nas łaskawym wzrokiem. Singlowi gracze zdecydowanie powinni zaopatrzyć się więc w zwierzęcych kompanów, którzy choć odrobinę odciążą naszego umęczonego herosa.

Przyznam jednak otwarcie, że w trakcie swoich przygód spędziłem trochę czasu z innymi graczami, by móc wziąć udział w trudniejszych instancjach, zyskując tym samym sporo dodatkowego doświadczenia. Dopiero te wspólne wyprawy pokazały mi, ile frajdy może dawać system walki w Broken Ranks. Połączone siły wszystkich tych magów ognia, druidów, rycerzy i innych cudaków tworzą niepowstrzymaną siłę, której niestraszny żaden boss. Co jednak najważniejsze, gra się po prostu raźniej i weselej, więc czas płynie jakoś tak szybciej.

Tylko w grupie

Czy warto zatem sięgać po Broken Ranks, jeżeli planujecie grać wyłącznie w pojedynkę? Nie. To produkcja niezbyt przyjazna singlowym graczom, więc choć teoretycznie można podążać wyłącznie za wątkiem głównym i olać temat gildii lub raidów, to olbrzymia masa grindu wymagana do progresji skutecznie uprzykrzy Wam życie. To nie The Elder Scrolls Online czy Fallout 76, które spokojnie można traktować jak produkcje dla pojedynczego gracza. Toteż jeżeli zamierzacie po Broken Ranks sięgnąć – a uważam, że warto – koniecznie znajdźcie sobie ekipę do wspólnej zabawy.

Gameplay

Avatar photo
Moim ulubionym kolorem jest zielony, ale akceptuję też niebieski i czerwony. Choć preferuję siedzenie na kanapie, nie wzgardzę nawet taboretem. Staram się bowiem nie ograniczać i grać we wszystko, na wszystkim. Pasję do grania z radością łączę ze swoją drugą miłością – pisaniem.
Scroll to top