Guilty Gear Strive – recenzja. Arc System Works zaprasza do zabawy

Guilty Gear Strive - okładka

Pamiętam, jak pierwszy raz kontakt z tą serią miałem za czasów Dreamcasta. Tym chętniej sięgnąłem po Guilty Gear Strive. Arc System Works to studio, które zna się na rzeczy, a w ich Dragon Ball FighterZ zagrywam się do dziś. Jak wypadło ich najnowsze dzieło? Czy jest tak rewolucyjne, jak ogłaszano przed premierą? Zaraz wszystko omówię.

4-godzinne anime? Jak najbardziej

Twórcy bijatyk mają różne pomysły na przedstawienie fabuły w swoich grach. Przez lata element ten był strasznie zaniedbany, ale na szczęście, teraz jest lepiej. Tutaj numerem jeden jest seria Mortal Kombat. Wraz z ostatnią odsłoną wynieśli kampanię na nowy poziom i mocno liczę, że będą trzymać się tej konwencji. W przypadku Guilty Gear Strive jest jednak inaczej. Tutaj mamy całe anime podzielone na odcinki bez przerywników w postaci walki między nimi.

Byłem trochę zaskoczony, ale tak pozytywnie. Jedynym minusem jest znajomość poprzednich odsłon, aby w pełni się w tym wszystkim odnaleźć. Na szczęście, twórcy wyjaśniają pewne rzeczy, a niezbyt duża liczba zawodników również pomaga w zrozumieniu treści. Z jednej strony animacje są śliczne, szczególnie gdy na ekranie dużo się dzieje. Niestety, w bardziej statycznych momentach widać, że część elementów otoczenia w 3D odstaje od reszty. Niby detal, ale trochę psuje imersję.

Całość trwa około cztery godziny, ale można spokojnie obejrzeć kilka odcinków, potem pograć, a innym razem wrócić do oglądania. To jest akurat rozsądne rozwiązanie. Obecnie, taki sposób przedstawienia historie jest zaraz za rozwiązaniem z MK. Dobrze, że bijatyki to już nie tylko samo klepanie się po twarzach.

Guilty Gear Strive: Easy to learn, hard to master

Tak można określić większość produkcji podobnych do Guilty Gear, jak i samą serię od Arc System Works. Tym razem jednak zadbano, aby proces nauki był przyjemny, przystępny i satysfakcjonujący. Twórcy chyba wiedzą, że nie wszyscy chcą dziesiątki godzin uczyć się tylko jednej postaci, aby potem dostać łomot po pierwszej batalii w sieci.

Nadal mamy wojowników, którzy wymagają większej uwagi z naszej strony, ale nie ma już tej przepaści względem tych, których podstawowe techniki można szybko przyswoić. Wszystko dlatego, że schemat ruchów został trochę ujednolicony, przez co poznając zawodnika, w pewnym sensie uczymy się podstaw innego. Różnice między nimi występują, ale zmiana postaci jest teraz o wiele łatwiejsza. Nie trzeba też przełączać się między trybem uproszczonym a profesjonalnym, co wcześniej było raczej normą.

Pozwala to na eksperymentowanie z całą dostępną obsadą, a nie trzymanie się kluczowo konkretnych jednostek. Sam sięgnąłem, po persony, które wcześniej raczej omijałem lub walczyłem nimi, gdy nie było innego wyjścia. To ruch w dobrą stronę, choć wiem, że nie wszystkim się to podoba. Mechaniki z poprzednich osłon zostały usunięte, a „prawdziwi fani” nie lubią takich zmian. Cóż, wszystkich nie da się zadowolić.

Rewolucja? Nie widać

Jeżeli interesuje Was zabawa solo, to ilość trybów nie robi wrażenia. Mamy: Arcade, Versus i Survival. Pierwszy oferuje kilka walk i krótkie fragmenty fabularne, drugi to nic innego, jak sparing z SI, a ostatni to taka horda, gdzie walczymy tak długo, aż nie padniemy. Jest jeszcze Dojo, które objaśni wszystkie zasady i mechaniki. Podzielono je na kilka poziomów, więc jeżeli poczujemy, że wyzwania są za łatwe, to możemy przeskoczyć do bardziej zaawansowanych zadań. To w zasadzie tyle. Jak na bijatykę, to dość standardowy zestaw.

Deweloper zapowiadał rewolucję, głównie za sprawą mechanik, ale te ogólnie nie są nowe. Może w Guilty Gear nie występowały, ale inne marki wdrożyły takowe już lata temu. Wall Break pozwala przebić oponenta na drugą część areny, usunięto wiele technik blokujących przeciwników, Blitz Shield, Blitz Attack czy Danger Time. Mamy natomiast dashowanie, które tutaj nazywa się Shocked. Koniec z przyciskaniem do brzegu ekranu, wybicie postaci w górę też przestało być standardem. Zmian nie brakuje, ale nie są one na tyle wielkie, aby można było mówić o przełomie.

Świeżości Guilty Gear Strive na pewno nie brakuje. Jeżeli ktoś chciał od nowej odsłony czegoś innego, to naprawdę to dostał. Trochę boli mała ilość zawodników na premierę, ale ta ma się stale powiększać. Jak z tym będzie? Przekonamy się w przyszłości. Mamy również multiplayer, który w pełni spełnia swoją funkcję. Podzielony na starcia rankinowe i nierankingowe. Czasami bywają problemy ze stabilnością łącza, ale nie na tyle, aby się tym przejmować. Na premierę Street Fighter IV/V, MK11 czy Tekken 7 bywało o wiele gorzej.

Oprawa A/V nie zawodzi

O ile w przypadku trybu fabularnego trochę się czepiałem, tak cała reszta to wspaniała uczta dla oka. Postacie, animacje, ataki, techniki, efekty specjalne, no cudo. Nie wiem, czy w przypadku bijatyki 2D da się zrobić coś jeszcze lepszego, ale na ten moment, to najwyższa liga. Do tego w tle przygrywa nam heavy metal, który idealnie wpasowuje się w klimat produkcji. Gracz aż chce toczyć kolejne pojedynki. Arc System Works od strony audiowizualnej nie zawodzi i tak też jest w tym przypadku.

Tutaj nie mają sobie równych i przy tym wiedzą, jak połączyć wszystkie elementy, aby odbiorca był zadowolony. Szczególnie że w Strive mamy również do odblokowania wiele screenów, concept artów, filmików oraz muzyki. Czego tu chcieć więcej?

Werdykt

W końcu Guilty Gear stał się bardziej przystępny. Jednych do zdenerwuje, drudzy w końcu mają szansę sprawdzić dzieło Arc System Works. Strive to piękna bijatyka ze wspaniałą ścieżką dźwiękową, która ma szansę przyciągnąć do ekranu na wiele godzin. Wypełniona treścią, nie aż tak rewolucyjna, jak zapowiadali, zawierająca całkiem udaną fabułę. Mimo to jedna z lepszych tego typu produkcji na rynku.

Za dostarczenie gry do recenzji dziękujemy firmie Cenega

Cześć! Mam na imię Artur i uwielbiam gry wideo niezależnie od platformy. Mimo 30 lat na karku cały czas sprawiają mi radość i liczę, że to się nie zmieni.
Scroll to top