Hellslave – recenzja gry (PC). Demony, wszędzie demony…

Hellslave

Muszę przyznać, że często poszukuje tytułów, które kipią mrocznym i demonicznym klimatem. Kiedy zobaczyłam zwiastun Hellslave stwierdziłam, że muszę w to zagrać. Najbardziej przekonał mnie fakt, że tematyka gry kręci się wokół okultyzmu, co często budzi wiele kontrowersji jednocześnie dodając nutkę grozy. Czy było warto? Przekonajmy się.

RPG w demonicznym wydaniu

Może zacznijmy od tego czym jest Hellslave. Jest to nic innego, jak indie RPG z elementami fantasy. W tym wypadku nie mamy do czynienia z tytułem AAA, lecz raczej z dość budżetową produkcją, co absolutnie nie jest wadą.

No okej, ale o czym to właściwie jest? W dużym skrócie: wcielamy się w człowieka, który jest ostatnią nadzieją na pokonanie demonów nawiedzających wioski.Aby nasza misja się powiodła, jesteśmy zmuszeni do podpisania paktu z jednym z owych demonów. Prawdę mówiąc, ten koncept mocno do mnie przemówił. Już na samym początku, gracz otrzymuje jakiś wybór, w postaci sprzedania swojej duszy konkretnemu demonowi. Konkretnie mamy sześć możliwości obrania swojej drogi.

Możemy skorzystać z łask: Lucyfera, który specjalizuje się w walce wręcz; Belzebuba, który daje siłę fizyczną swoim wyznawcom; Baala władającego śmiertelną trucizną; Szatana arcyksięcia piekieł, który uczyni ze swojego poddanego potężnego wojownika; Asmodeusza – w tym wypadku walka odbywa się głównie w zwarciu; Lewiatana – pakt z tą ślepą bestią gwarantuje przeistoczenie się w potężnego czarodzieja. Każda z dostępnych możliwości powoduje, że kolejne nowe rozgrywki pomimo tej samej fabuły, będą inne oraz niepowtarzalne, ponieważ znacząco różnią się drzewka umiejętności. Dzięki temu Hellslave zyskuje na regrywalności.

GOG - Zagraj w nowości i Klasyki

Klimat zachodniego RPG jest złotem, dosłownie. Czuć ten element rozwoju postaci, zwłaszcza, że pojawia się tutaj ogromne pole do popisu. Dysponujemy dwoma drzewkami – jeden z nich odpowiada za nasze umiejętności, które używamy podczas walki, drugi zaś spełnia rolę pasywki. Dzięki temu mamy wpływ nie tylko na to jak nasza postać będzie atakować przeciwników, ale również decydujemy o tym w czym bohater będzie się specjalizować (większa możliwość absorbowania obrażeń, szansa na trafienie krytyczne, regeneracja zdrowia itp…).

Co więcej, podczas starć pojawia się możliwość skorzystania z tzw “Momentum”. Jest to nic innego jak dodatkowe umiejętności, które pojawią się co 20 sekund. Można ich użyć jednorazowo. Niejednokrotnie były one dla mnie wybawieniem w krytycznych momentach, zwłaszcza w sytuacji gdzie poziom żywotności mojej postaci balansował na granicy.

Walka turowa? W sumie czemu nie…

Bardzo ważnym oraz odznaczającym się elementem Hellslave jest fakt, że mamy tutaj do czynienia z walką turową, a co za tym idzie – trzeba przemyśleć każdy swój ruch, jednocześnie przewidując ataki przeciwnika. Z jednej strony fajna sprawa, z drugiej… nie do końca. Zapytacie dlaczego. Cóż, nie każdy jest fanem tego typu starć i może to zaważyć na tym, że ktoś najzwyczajniej porzuci tytuł w kąt. Przyznam, że należę do tej grupy graczy, która raczej nie przepada za taką formą, ale postanowiłam się nie zniechęcać, ponieważ widziałam w tej produkcji ogromny potencjał.

Szczególnie przekonało mnie to, że podczas starć widać było postęp w kierunku rozwoju, zdobywając doświadczenie i inwestując je w konkretne umiejętności. Dodatkowo ich różnorodność sprawiła, że walka nie była monotonna, a obrana przez nas taktyka z poziomu na poziom przynosiła efekty. Totalnie nie żałuję, ale wiem, że nie każdy potrafi dać sobie drugą szansę z czymś, co mu po prostu nie podchodzi. Niemniej jednak fani gry turowej z pewnością będą zadowoleni, ponieważ możliwości jakie otrzymujemy wraz z rozwojem postaci potrafią łączyć się w całkiem pokaźne kombinacje.

Grafika + muzyka + tematyka = miód na moje serduszko

Tak jak wspomniałam na samym początku, uwielbiam tytuły, które kipią mrocznym i demonicznym klimatem. W Hellslave widać to wszystko w całej okazałości i to jeden z największych atutów tej gry. Biorąc pod uwagę, że jest to produkcja raczej budżetowa, to trzeba przyznać, że twórcy odwalili kawał dobrej roboty.

Niemniej najbardziej urzekła mnie grafika, która jest dość mocno komiksowa, zwłaszcza w cutscenkach. Jest ona szalenie przyjemna w odbiorze co sprawia, że aż chce się iść dalej. Dodatkowo muzyka towarzysząca nam podczas rozgrywki jeszcze bardziej urozmaica naszą podróż w demonicznym świecie, jednocześnie budująć napięcie oraz taki minimalny element grozy. Wszystko to świetnie się ze sobą łączy dostarczając solidny efekt końcowy.

Mimo to, bywa czasami ciężko

Będę teraz jak Pan Maruda i troszkę pobazgrolę ten cudowny obraz Hellslave, który do tej pory stworzyłam. Pomimo naprawdę wielu pozytywnych aspektów, bywają momenty gdzie wieje nudą, albo trafia się dość niejasna misja główna. Przyznam, że czasami po 2-3 godzinach czułam się zmęczona i stwierdzałam, że jednak lepiej sobie chwilowo odpuścić.

Przychodzi moment, że trzeba latać z punktu A do punktu B, co w sumie nie jest ani trochę emocjonujące. Dodatkowo tona identycznych przedmiotów, która potrafi wylecieć z przeciwników sprawia, że czujemy “ehhhh, znowu to samo. No ok…”. Mimo to nie zrozumcie mnie źle i nie przekreślajcie Hellslave od razu. To jest bardzo dobra gra z ciekawą fabułą, ale tak na 2 godzinki dziennie, może ciut więcej.

Gra (nie)piekielna

Czy było warto? Uważam, że tak. Pomimo tego, że walka turowa to totalnie nie mój świat, uważam że Hellslave jest tytułem wartym uwagi. Jednak trzeba mieć gdzieś z tyłu głowy, że to nie jest gra dla każdego. Jeśli ktoś nie przepada za taką tematyką, albo stroni od wyżej opisanej mechaniki walki, to jednak warto przemyśleć zakup, żeby nie żałować. Jeśli jednak poszukujecie demonów, piekielnego klimatu oraz mrocznej oprawy, to serdecznie polecam. Nie zawiedziecie się ani trochę!

GOG - Wydawca

Gameplay

Cześć, jestem Kasia – z zawodu technik weterynarii, a po godzinach mały metal, który gra w gry. W świecie gamingu poszukuję dynamicznej rozgrywki trzymającej w napięciu, czarnego humoru rodem z najokrutniejszych memów oraz mocnego brzmienia definiowanego jako „szarpidruty”, lub potocznie nazywanego „darciem wiadomo czego”.
Scroll to top