Gdyby zapytać graczy o główne inspiracje dla nowej gry o cięciu wrogów na plasterki, większość pewnie wskazałaby od razu Sekiro albo Ghost of Tsushima. Tymczasem reżyser Onimusha: Way of the Sword wymienił kultowe Super Mario Odyssey. W rozmowie ze szwedzkim serwisem FZ Satoru Nihei wyjaśnił, dlaczego wolał podglądać wąsatego hydraulika zamiast wirtualnych szermierzy.
Mario zamiast Sekiro
Nihei patrzy na sprawę z perspektywy czystego projektowania rozgrywki. Zauważa, że przygody hydraulika wydają się początkowo niezwykle proste. Pod spodem kryją jednak masę dynamicznych i skomplikowanych wyzwań. Japończycy z firmy Nintendo opanowali ten aspekt wręcz do perfekcji. Kluczowa okazuje się tutaj zasada akcji i reakcji. Kiedy postać skacze, fizyka oraz grawitacja natychmiast na to odpowiadają, a gracz doskonale czuje ten ciężar pod własnymi palcami.
Właśnie takie satysfakcjonujące uczucie reżyser chciał przenieść na system walki bronią białą. Starcia miały stać się mocno taktyczne, a nie tylko ładnie wyglądać na ekranie. Z kolei producent Akihito Kadowaki poszukał inspiracji zupełnie gdzie indziej. Ostatecznie wskazał markę Gundam, a dokładniej grę Gundam Versus. Spędził przy niej mnóstwo czasu i docenił wyraziste postacie napędzające fabułę. Postanowił więc położyć identyczny nacisk na charyzmatyczną obsadę własnego projektu.
Odcinanie kończyn nie służy tylko rozlewowi krwi
Szwedzcy dziennikarze poruszyli też temat rozbudowanego systemu okaleczeń. W nowej odsłonie ostrze wędruje dokładnie po wyznaczonej linii i uderza tam, gdzie zaplanował to gracz. Nihei od razu jednak zastrzega, że twórcy wcale nie chcieli stworzyć wyjątkowo krwawej rąbanki. Zaawansowany system ma przede wszystkim uwydatniać potężną siłę trafień krytycznych, czyli słynnych ciosów Issen. Rozwiązanie to świetnie nagradza perfekcyjne opanowanie mechanik walki.
Przy okazji wywiadu padło obowiązkowe pytanie o korzenie cyklu. Starsze odsłony często nazywano wszak Resident Evil w realiach samurajskich. Reżyser szybko ucina te skojarzenia. Tłumaczy, że dawniej obie marki dzieliły głównie statyczne ujęcia kamery, ale fabularnie nigdy się nie krzyżowały. W najnowszej grze nie uświadczymy już podobnego pokrewieństwa. Zespół przygotował za to jeden specjalny poziom przypominający klimatem klasyczny japoński nawiedzony dom.
Sześć lat pracy w cieniu pandemii
Wyjątkowo ciekawie prezentują się same kulisy powstawania tytułu. Prace ruszyły na początku 2020 roku i trwały ponad sześć i pół roku. Nihei wspomina, że cała ekipa musiała nagle zamienić spotkania przy jednym stole na długie wideokonferencje. Praca zdalna przynosiła efekty, ale miała też swoją cenę. Ludzie potrafili miesiącami nie włączać kamer. Czasami współpracowało się z kimś bardzo długo i nie miało się zielonego pojęcia, jak ta osoba w ogóle wygląda.
Dziennikarze zapytali również o niesamowitą passę udanych premier od firmy Capcom. Kadowaki uważa, że to zasługa zespołu, w którym absolutnie każdy tak samo rozumie słowo jakość. Nihei przypomina z kolei o odważnej zmianie pokoleniowej. Japońska korporacja od dawna chętnie oddaje stery młodszym pracownikom. Sam jest zresztą tego najlepszym przykładem, ponieważ otrzymał stanowisko reżysera w wieku zaledwie trzydziestu kilku lat. Gra Onimusha: Way of the Sword zadebiutowała 4 września na komputerach osobistych oraz konsolach PlayStation, Xbox i Nintendo Switch 2.
Jeżeli podobał Wam się materiał, to koniecznie dajcie znać na X (dawny Twitter), Bluesky, naszym Discordzie, Redditcie lub Fediverse.

