Onimusha: Way of the Sword – recenzja (PC). Najbardziej satysfakcjonujący slasher

Gra dostępna na:
NS2
PC
PS5
XSX
Screen z gry Onimusha Way of the Sword wraz z logo
Artur Janczak
Artur Janczak

Mocno liczyłem na to, że firma Capcom da drugą szansę swojej już nieco zapomnianej serii. Onimusha w czasach PS2 była czymś wyjątkowym i aż dziw bierze, że ostatnia odsłona miała premierę dwadzieścia lat temu. Przywrócona do życia jedynka dawała nadzieję, ale oprócz niej nic nie dostaliśmy. Ani zapowiedzi, ani nawet skrawka informacji o zupełnie nowym projekcie – a to było w 2019 roku. Dopiero pięć lat później dowiedzieliśmy się o Onimusha: Way of the Sword, w którą miałem przyjemność zagrać.

Jak jednak wrócić z marką, która miała tak długą przerwę, chcąc jednocześnie zadowolić fanów, jak i przyciągnąć nowych graczy? Czy tytuł ten ma w ogóle szansę na coś takiego? Tak. Od razu jednak zaznaczam, że nie będzie to gra dla wszystkich, choć sam przez 40 godzin nie mogłem się od niej oderwać.

Kioto skąpane we krwi

Akcja Onimusha: Way of the Sword rozgrywa się w fikcyjnej wersji Kioto z wczesnego okresu Edo. Głównym bohaterem jest tutaj Musashi Miyamoto, który przybył do miasta, aby udowodnić, że jest najlepszym samurajem ze wszystkich. Nie mógł jednak przewidzieć, że jego droga ku chwale będzie znaczona krwią, demonami i cierpieniem, a nie pojedynkami z innymi wojownikami jego pokroju. Z powodu splotu pewnych wydarzeń staje się posiadaczem Rękawicy Oni, dzięki której nie tylko jest silniejszy, ale przede wszystkim zyskuje jakiekolwiek szanse w starciu z Genmami – potworami prosto z piekła, które opanowały całą prowincję.

Zrzut ekranu z gry Onimusha: Way of the Sword - widok na światynie

Jak się pewnie domyślacie, zadaniem protagonisty jest oczyszczenie Kioto z całego zła, a także rozwikłanie zagadki, kto stoi za takim scenariuszem. Miyamoto na swej drodze napotka wiele postaci: mieszkająca w rękawicy Shizuka, inny posiadacz podobnego magicznego artefaktu – Takamura, czy tancerka Okuni. Wraz z nimi będziemy wykonywać odpowiednie ruchy, aby naprawić zaistniałą sytuację i nie dopuścić do tego, aby Genmy wyrządziły jeszcze więcej szkód.

Nie tak płytko, jak za dawnych lat

Choć ogólny zarys fabularny może wydawać się dość ubogi, wierzcie mi – w rzeczywistości tak nie jest. To pierwsza odsłona, w której historia ma naprawdę duże znaczenie, a sposób jej opowiadania nabrał rumieńców. Starsze gry miały oczywiście swoją narrację, ale jednak nie zagłębiały się mocno w charaktery i problemy danych postaci, a jeśli nawet, to dość pobieżnie. Dialogi były raczej krótkie, a szczegóły i większa ekspozycja zarówno bohaterów, jak i wydarzeń, spadały na drugi plan. Tutaj czegoś takiego nie uświadczymy, wszystko jest większe – i nie mam na myśli tylko skali samego świata.

Zrzut ekranu z gry Onimusha: Way of the Sword - Takamura

Zarówno wątek Musashiego, jak i innych postaci, jest tutaj odpowiednio wyeksponowany i zgłębiony. Protagonista boryka się z realizacją swojego marzenia o byciu najlepszym, ale jednocześnie nie chce być zależny od rękawicy, którą niestety musi nosić. Uwięziona w niej Shizuka też nie znalazła się tam przez przypadek. Takamura oraz Okuni, choć są raczej drugoplanowi, mają w sobie głębię, a ich losy mają dla odbiorcy znaczenie. To samo dotyczy odwiedzanych miejsc, mniejszych postaci, a także wrogów i głównego antagonisty. Nie otrzymujemy więc tylko ładnego tła, ale naprawdę wciągającą fabułę, której nareszcie nadano odpowiedni ciężar.

Najbardziej satysfakcjonujący slasher w historii

Pisząc taki nagłówek, doskonale wiem, co robię, i spokojnie – w swoim czasie będziecie mogli się ze mną zgodzić lub nie. Tytuł nie jest idealny (do wad zresztą jeszcze przejdziemy), jednak zastosowany tutaj system walki to coś iście wspaniałego. Capcom, chwaląc się liczbą animacji samego parowania – około 300, nie rzucał słów na wiatr. A to tylko artystyczny aspekt elementu walki, która jest jak spektakl pełen mieczy, cięć, efektów cząsteczkowych i krwi. Cała finezja pojedynków zasługuje na długie owacje. Nie miałoby to jednak znaczenia, gdyby całość była toporna czy nieuczciwa. Czegoś takiego tutaj nie ma. Jeżeli jakiś cios nie wejdzie, mimo uniku otrzymamy obrażenia, bądź zamiast odbić ostrze, dostaniemy nim w głowę – w większości przypadków będzie to wyłącznie nasza wina.

Zrzut ekranu z gry Onimusha: Way of the Sword - Walka z bossem

Gra jest szalenie responsywna i mimo braku nie wiadomo ilu ataków czy umiejętności, daje nam do dyspozycji więcej, niż można sobie wymarzyć. Każdy przeciwnik jest inny, a kiedy napotykamy lekkie wariacje znanych demonów, okazuje się, że zyskują one nowe ataki lub zagrywki. To, jak zareaguje Musashi, jest zależne od typu wroga, jego wielkości oraz miejsca, w którym się znajdujemy, a czasami nawet od liczby przeciwników dookoła lub pobliskich elementów otoczenia. Animatorzy i ludzie odpowiedzialni za cały system walki musieli mieć pełne ręce roboty, bo efekt końcowy powala na kolana. Parowania, zbliżenia na krzyżujące się ostrza, wykończenia na koniec starcia – jest tego mnóstwo i każde wypada zjawiskowo. Dlatego każdy cios cieszy nie tylko oko, ale daje też ogromną satysfakcję z walki, i to od samego początku aż po napisy końcowe.

Tylko jedna broń

Ceną za ten szalenie przyjemny i widowiskowy system walki jest ograniczenie dostępnego oręża. W starszych odsłonach mieliśmy większy wybór, tutaj jednak dostajemy do dyspozycji wyłącznie miecze. Doskonale rozumiem tę decyzję – liczba animacji dla jednego zestawu budzi mój ogromny podziw, a gdyby twórcy musieli zrobić to samo dla, powiedzmy, sześciu kolejnych broni, gra wyszłaby pewnie za kilka lat. Zamiast tego dodatkowe bronie pełnią rolę dostępnych umiejętności i każda z nich ma nieco inny cel. Noże sprawdzają się świetnie przy zadawaniu obrażeń pojedynczemu wrogowi, inna umiejętność przyda się na większe grupy, a jeszcze kolejna uderza prosto w wytrzymałość, co szalenie pomaga w starciach z bossami. Podobnie sprawa wygląda z pozostałymi zdolnościami, w tym z trybem ostatecznej formy Onimushy, którego po prostu nie mogło tu zabraknąć.

Zrzut ekranu z gry Onimusha: Way of the Sword - Menu postaci

Trochę jednak skłamałem, bo oprócz mieczy mamy jeszcze łuk. Jest on niezwykle przydatny na łuczników, małe latające demony, ale też na zwykłe Genmy, czy po prostu do strzelania w wybuchające beczki. Niby tylko dodatek, ale świetnie wykorzystany – zupełnie jak cała reszta. Nie czułem, aby cokolwiek było w tej grze zbędne (może z wyjątkiem pewnych przedmiotów użytkowych). Wszystko, co tu omówiłem, można również ulepszać, to samo dotyczy możliwości samego bohatera. W tym celu korzystamy z pozyskanych od wrogów dusz oraz zebranych przedmiotów. System rozwoju jest dość prosty i nie ma tu co liczyć na tworzenie skomplikowanych buildów, pomijając samą kolejność odblokowywanych ulepszeń czy dobór konkretnych amuletów. Nie jest to jednak wada. W końcu to slasher.

Liniowy świat z nutką swobody

Lwia część lokacji nie pozwala na zbyt wiele – ot, idziemy z punktu A do B, pokonując wrogów, zbierając przedmioty czy odblokowując pewne przejścia. Dość typowe dla tego gatunku. Jedynym wyjątkiem jest główne miasto, będące jednocześnie hubem opowieści. Ono jest już całkiem sporych rozmiarów i pozwala na dużą swobodę. Najbliżej mu do Kamurocho z serii Yakuza, jeśli chodzi o samą skalę. Nie ma więc mowy o otwartym świecie, ale nie jest to też zwykły korytarz z punktu widzenia projektowania. Miły kontrast i idealne pole do umieszczenia różnych zadań pobocznych.

Zrzut ekranu z gry Onimusha: Way of the Sword - Widok jak z bajki

Nie jest jednak tak, że całe miasto mamy od razu do dyspozycji. Obszary wraz z rozwojem fabuły trzeba najpierw oczyścić i odblokować, co idealnie współgra z naszymi poczynaniami. Miłym akcentem są też powracający ludzie, którzy byli uwięzieni przez pewnego rodzaju mgłę, skażenie terenu oraz same Genmy. Cieszy fakt, że uwalnianie Kioto ze zła idzie w parze z historią, a nie opiera się wyłącznie na wyświechtanym schemacie: „odwiedź obóz, pokonaj wroga, przejmij obszar i wieżę”. Ma to logiczną całość, choć jednocześnie wpływa na długość gry, co nie każdemu musi przypaść do gustu. Starsze Onimushe były pod tym względem jednak bardziej skondensowane. Ja sam chętnie spędziłbym tu i drugie 40 godzin, ale co człowiek, to inne oczekiwania.

Nierówny poziom artystyczny

Od strony czysto technicznej nie mam zastrzeżeń. Gra działa płynnie nawet w najgorętszych momentach w 1440p na Ryzen 7 7800X3D, RTX 4070 Ti Super i 32 GB DDR5. Nie czułem spadających czy nietrafionych klatek, problemów z frame pacingiem i tym podobnych rzeczy. Mając jednak wszystko ustawione do granic możliwości, nie potrafię zrozumieć kwestii oświetlenia i samego podejścia artystycznego. Onimusha: Way of the Sword najlepiej wypada na przerywnikach z wykorzystaniem silnika gry – tam dosłownie wszystko się zgadza i w dużej mierze takiej właśnie jakości oczekiwałbym w samej rozgrywce. Problemem jest jednak oświetlenie. Mimo włączonego Ray Tracingu i innych opcji graficznych, tytuł ten wydaje się szalenie blady i pozbawiony wizualnej głębi w danych momentach.

Zrzut ekranu z gry Onimusha: Way of the Sword - wyblakłość kolorów

Nie mam zastrzeżeń do projektów postaci, lokacji i ogólnego smutku tego świata. Pasuje mi ta konwencja – momentami dość surowa i wyblakła – razi jedynie ten dysonans z przerywnikami. I tak, da się do tego przywyknąć, ale najbardziej boli to po serii scen na samym początku zabawy. Aż nie chce mi się wierzyć, że nie dało się tego zrobić lepiej. To trochę jak z Resident Evil Requiem, gdzie nie mając odpalonego RT i Path Tracingu, najbardziej obrywają postacie w kwestii cieniowania. Tam jednak współczesna architektura ratowała sytuację, a tutaj na taką pomoc liczyć nie można. W RE wszystko naprawiały właśnie te najbardziej wymagające opcje oświetlenia, a tutaj albo nie działają one jak powinny, albo są dość nijakie. I to nie jest tak, że ta wyblakłość jest widoczna absolutnie wszędzie, ale właśnie po powrocie z cutscenek najbardziej widać ten brutalny przeskok.

Efekty dźwiękowe ponad muzykę

Osoby odpowiedzialne za muzykę może i dobrze wykonały swoją pracę, bo ten element również spełnia swoje zadanie, ale niestety na bardzo podstawowym poziomie. Chyba nie ma tu ani jednego kawałka, który zapadłby mi w pamięć. O wiele większe znaczenie miały same dialogi i wszelkie efekty dźwiękowe, których jest mnóstwo. Sama ścieżka muzyczna… cóż, po prostu jest. Trochę to dziwne, bo odpowiednich momentów, w których można było zaszaleć, tutaj nie brakuje, a jednak nikt nie chciał zaryzykować. Jest bezpiecznie, do bólu poprawnie i tyle. Mając w pamięci szczególnie trzecią Onimushę, muszę przyznać, że tutaj poziom jest o kilka klas niższy. Trochę szkoda, ale z drugiej strony – odgłosy walki, parowań, bloków, ataków, używanych umiejętności oraz pracę aktorów głosowych trzeba mocno docenić, bo w tym przypadku mówimy o jakości absolutnie premium.

Zrzut ekranu z gry Onimusha: Way of the Sword - Shizuka

Przed zakupem zagrajcie w demo

Jeżeli jesteście fanami serii, to możecie brać śmiało, ale przez te dwadzieścia lat liczba graczy tak się powiększyła, że pewnie większość osób nigdy z tą marką styczności nie miała. Napisałem wcześniej, że to najlepszy slasher w historii, bo system walki to prawdziwe arcydzieło, ale wiecie już też, że Onimusha: Way of the Sword ma swoje wady. Dla jednych mogą być one bez znaczenia, ale dla innych już nie. Nie ukrywam, że oddanie satysfakcji płynącej z potyczek w formie pisemnej jest trudne, więc koniecznie zagrajcie w darmowe demo, które zostało zresztą jeszcze rozbudowane. Wtedy będziecie mieli komplet informacji, aby podjąć ostateczną decyzję. Znacie już plusy i minusy; ja sam gorąco ten tytuł polecam – jeżeli nie na premierę, to za jakiś czas – bo marka zasługuje na dalszy rozwój, a mimo pewnych skaz, to najlepsza odsłona, jaka do tej pory powstała.

PS. Gra posiada pełną polską lokalizację kinową. Na start otrzymujemy dwa poziomy trudności – fabularny oraz ten bardziej wymagający, skrojony pod fanów gatunku (kolejny odblokowuje się z czasem). Po ukończeniu przygody czeka na nas tryb Nowa Gra+, no i najważniejsze – w wolnych chwilach można głaskać „pieski”!

YouTube player

Jeżeli podobał Wam się materiał, to koniecznie dajcie znać na X (dawny Twitter), Bluesky, naszym Discordzie, Redditcie lub Fediverse.


Kup Onimusha: Way of the Sword (PC)

Reklama produktu w Ceneo.pl


Podoba Wam się nasza praca? Wesprzyjcie kawą ☕


Artur Janczak
Naczelny. Na co dzień pilnuję, żeby nasz serwis trzymał fason, a w międzyczasie sam siadam do klawiatury. Tworzę newsy, recenzuję gry oraz sprzęt gamingowy i przelewam własne przemyślenia do felietonów. Gry wideo to dla mnie temat rzeka – niezależnie od tego, czy sprawdzam tryby wydajności w nowościach, czy wracam do starszych tytułów.
Scroll to top