Miałem odpalić Order Automatica zaledwie na kwadrans, żeby zobaczyć, o co w ogóle chodzi z tą niepozorną produkcją. Wstałem od komputera po trzech godzinach z całkowitą świadomością, że jutro będzie wyglądać bardzo podobnie. Debiut studia New Beings to świetny autobattler mądrze skrzyżowany z roguelite. Całe pole bitwy mieści się w zaledwie dziewięciu polach, a mimo to każda jedna partia bardzo mocno zmusza do myślenia. Twórcy sami opisują to jako szachy z demonami i trudno o jakiekolwiek lepsze porównanie.
Dziewięć pól i ani jednego zbędnego
Cała gra twardo opiera się na dwóch fazach wymieniających się w nieskończoność. Najpierw przychodzi czas na odpowiednie przygotowanie. Kupujemy interesujące jednostki, ustawiamy je na siatce, dokładamy nowe przedmioty oraz ulepszenia. Następnie odpalamy rytuał, czyli właściwą walkę, w której nasze stwory automatycznie atakują przeciwnika, a my możemy tylko biernie na to patrzeć. Kiedy jedna ze stron zostanie zmieciona z malutkiej planszy, błyskawicznie wracamy do sklepu. Zaczynamy wszystko od nowa, jednak znacznie mądrzejsi o to, co przed chwilą zobaczyliśmy. Brzmi to banalnie prosto i przez pierwsze kilka minut faktycznie takie jest.
Prawdziwe myślenie zaczyna się jednak chwilę później. Liczby widoczne na polach ściśle określają kolejność wykonywanych ataków, więc samo przesunięcie stwora może diametralnie odwrócić przebieg starcia. Odpowiednie sąsiedztwa na planszy tworzą albo całkowicie psują misterne synergie. Ustawienie trzech identycznych jednostek w jednym rzędzie automatycznie łączy je w mocniejszą wersję. Daje to kolejny istotny powód do ciągłego kombinowania przy każdym kolejnym zakupie. Dziewięć dostępnych pól to zdecydowanie za mało, żeby świadomie zmarnować choć jedno. W innych autobattlerach często tonie się w dziesiątkach dostępnych kafelków. Tutaj cała nasza uwaga skupia się na malutkiej przestrzeni, a każda podjęta decyzja natychmiastowo pokazuje swoje skutki.
Każda runda to zagadka do rozgryzienia
Zdecydowanie najmocniejszym pomysłem twórców jest całkowity podgląd ruchów przeciwnika. Zanim w ogóle zaczniemy krwawą walkę, widzimy dokładnie, co nasz wróg ustawił po swojej stronie siatki. Poznajemy jego jednostki, kolejność ataków oraz pełne zaplecze wsparcia. Każda runda naturalnie zamienia się przez to w zamkniętą łamigłówkę. Musimy po prostu znaleźć idealny układ zdolny rozbić konkretny skład wroga. Czasami wystarczy sprytnie przestawić jedną wybraną figurę. Niekiedy jednak trzeba przebudować połowę planszy albo szybko dokupić potężny przedmiot wyprzedzający pierwszy cios przeciwnika.
I właśnie dokładnie w tym miejscu siedzi ten fantastyczny syndrom jeszcze jednej rundy. Przegrana walka niezwykle rzadko wydaje się niesprawiedliwa. Zazwyczaj od razu widać, gdzie popełniło się kluczowy błąd przy układaniu drużyny. Szybka poprawka wymaga często jednego kliknięcia oraz chwili skupienia. Człowiek oszukuje sam siebie, że sprawdzi tylko jeden nowy układ jednostek, a potem nieoczekiwanie orientuje się, że uciekła mu z życia kolejna godzina. Oczywiście pewna doza losowości bywa obecna. Nie zawsze wylosujemy idealne części do wymarzonego składu, jednak prawie zawsze da się coś sensownego wyciągnąć z aktualnej oferty sklepu.
Nowe stwory, relikwie i błogosławieństwa
Gra w bardzo ładny sposób dawkuje nowości. Na starcie kampanii otrzymujemy dość skromny zestaw powolnych zombiaków i wilkołaków. Wraz z naszymi systematycznymi postępami dochodzą do tego kolejne ciekawe bestie wyposażone we własne umiejętności. Znajdziemy tu wszystko od szybkiego kociego zabójcy po postacie potrafiące zupełnie odmienić sposób budowania całej planszy. Do wirtualnego worka dochodzą także specjalne relikwie na stałe modyfikujące zasady całego wybranego podejścia. Nie brakuje też przedmiotów przypisywanych pojedynczym jednostkom celem wzmocnienia statystyk albo odpalenia dodatkowych efektów bojowych. Tempo odblokowywania zawartości okazuje się na tyle szybkie i przyjemne, że po każdym podejściu w sklepie czeka jakaś nowa zabawka do przetestowania.
Naprawdę świetnym pomysłem są również potężne błogosławieństwa oraz dotkliwe klątwy. Dobieramy je zawsze parami na ściśle określonych etapach naszej podróży. Za wyraźnie mocniejszy pozytywny efekt płacimy konkretną, bolesną karą. Czasami otrzymujemy pasywne obrażenia co rundę, a niekiedy godzimy się na globalne wzmocnienie wszystkich przeciwników. Nawet nagroda wymaga więc dłuższej chwili namysłu. Nad wszystkim nieustannie wisi też powoli dopalająca się świeca. Stanowi ona swoisty licznik odmierzający czas do ostatecznego końca rytuału. To właśnie ona sprawia, że nie da się tutaj grać w nieskończoność na bezpiecznych, zachowawczych zagraniach. Wcześniej czy później musimy po prostu zaryzykować.
Mrok, piksele i świetna ścieżka dźwiękowa
Wizualnie to bez wątpienia jedna z tych skromnych produkcji robiących wybitnie dużo bardzo małym kosztem. Ciemne barwy, świetnie dopracowane pikselowe sylwetki postaci oraz płynne animacje potrafiące nadać wagę każdemu wyprowadzanemu ciosowi. Wszystko to wspólnie składa się na rewelacyjny klimat wiszący gdzieś pomiędzy wspaniałym Inscryption a okultystycznymi dziełami sztuki. Niesamowita ścieżka dźwiękowa dzielnie trzyma ten sam wysoki ton. Po kilku rozegranych godzinach wciąż nie miałem ochoty wyciszać głośników. W grze twardo opierającej się na ciągłym powtarzaniu tych samych małych czynności to naprawdę spory wyczyn kompozytora.
Technicznie nie mam się zresztą do czego przyczepić. Gra działa niesamowicie płynnie nawet na wysłużonym, dużo słabszym sprzęcie. Świetnie sprawdza się w przenośnej wersji na Steam Decku. Idealnie nadaje się zarówno na chłodny wieczór przy biurku, jak i weekendowe lenistwo na kanapie. Przez wszystkie sesje nie trafiłem na ani jeden poważny techniczny błąd. Jedyne co może odrobinę zmęczyć po czasie, to przewlekłe animacje przy naprawdę wysokich liczbach widywanych w późniejszych etapach zabawy. Przerzucanie tysięcy punktów obrażeń potrafi trwać zdecydowanie dłużej, niż powinno – o ile nie przyspieszymy sobie wszystkiego, ale wtedy gra troszeczkę traci swój urok.
Podsumowanie
Order Automatica to genialny dowód na to, że silne konstrukcyjne ograniczenie potrafi zbudować znacznie lepszą rozgrywkę niż absurdalny nadmiar zawartości. Zaledwie dziewięć wolnych pól, stały podgląd wrogich jednostek i stale rosnąca kolekcja dostępnych potworów dostarczyły mi wybitnych dziesięciu godzin wspaniałej zabawy. Największym mankamentem pozostaje bez wątpienia dość krótka podstawowa kampania fabularna. Po jej szybkim zaliczeniu gra niemal całkowicie przenosi ciężar na niekończące się wykręcanie coraz lepszych wyników, co nie każdemu odbiorcy musi w pełni wystarczyć. Przy bazowej cenie wynoszącej okolice zaledwie 20 złotych niezwykle trudno jednak mówić o dużym zawodzie. Jeżeli szczerze lubicie godzinami wpatrywać się w ekran komputera i analizować każdą jedną podjętą decyzję, to zdecydowanie znaleźliście tu tytuł dla siebie.
Jeżeli podobał Wam się materiał, to koniecznie dajcie znać na X (dawny Twitter), Bluesky, naszym Discordzie, Redditcie lub Fediverse. Jesteśmy też dostępni w Google News!
Udostępnienie kodu w żaden sposób nie wpłynęło na wydźwięk powyższego materiału.





