Rise of the Tomb Raider – recenzja (NS2). Kompletna przygoda, ale z drobnymi ryskami

Gra dostępna na:
NS2
PC
PS4
X360
XONE
Grafika główna Rise of the Tomb Raiderz logiem i Larą
Artur Janczak
Artur Janczak

Kiedy recenzowałem Tomb Raider: Definitive Edition na Switcha, wspomniałem, że ta seria ma u mnie specjalne miejsce w sercu. Port od Aspyra był solidny, choć niepozbawiony wad. Dlatego gdy podczas czerwcowego Nintendo Direct zobaczyłem shadow drop Rise of the Tomb Raider: 20 Year Celebration, moje odczucia były mieszane. Z jednej strony poczułem entuzjazm, bo to moim zdaniem gra zwyczajnie lepsza od poprzedniczki. Z drugiej – pojawiło się pytanie, czy deweloperzy wyciągnęli wnioski z poprzedniego projektu. Odpowiedź nie jest jednoznaczna, ale zacznijmy od początku.

Syberia, artefakty i złoczyńca z lodowatym spojrzeniem

Akcja Rise of the Tomb Raider toczy się około roku po wydarzeniach na Yamatai. Lara, wciąż trawiąc traumatyczne przeżycia, decyduje się podążyć tropem swojego ojca i rusza na Syberię w poszukiwaniu Kietieżu oraz Boskiego Źródła – artefaktu, który rzekomo zapewnia wieczne życie. Na jej drodze staje Trójca: bezlitosna, wszechobecna organizacja pragnąca zdobyć to samo. Brzmi jak sprawdzony schemat? Bo nim jest. Historia nie próbuje wywracać konwencji gatunku do góry nogami – to sprawnie napisany, letni blockbuster, który bezbłędnie realizuje swoje założenia.

Screen z gry Rise of the Tomb Raider na Nintendo Switch 2 - #1

Na tle poprzedniczki fabuła wydaje się jednak bardziej spójna i lepiej wyważona. Mniej tu momentów, w których gra miota się między dramatycznym survivalem a bezkompromisowym kinem akcji. Szczególnie dobrze wypada wątek Proroka, którego starożytna historia splata się z poszukiwaniami Lary, nadając całości drugie dno bez niepotrzebnego komplikowania narracji. Osobne brawa należą się Konstantinowi, głównemu antagoniście. To jeden z tych złoczyńców, dla których człowiek autentycznie chce dokończyć grę – zimny, fanatyczny, bezgranicznie przekonany o słuszności swoich racji. Nie ma w nim za grosz cech budzących sympatię i to właśnie jego największy atut.

Grobowce – tym razem naprawdę warto

W recenzji „jedynki” narzekałem, że tytuł z 2013 roku traktował grobowce po macoszemu. Ekipa z Crystal Dynamics doskonale wiedziała, że to bolączka serii, dlatego w Rise podeszła do tematu na poważnie. Opcjonalne grobowce wyzwań stanowią teraz serce całej produkcji. Każdy z nich zbudowano wokół unikalnego pomysłu mechanicznego – wymagają chwili zastanowienia, ale nigdy nie popadają w absurdalną abstrakcję rodem z przygodówek z lat 90.

Screen z gry Rise of the Tomb Raider na Nintendo Switch 2 - #2

Moim ulubionym przykładem jest Starożytna Cysterna: zalana wodą kamienna struktura, gdzie Lara musi sprytnie manipulować poziomem cieczy, by dotrzeć do celu. Rozwiązanie jest eleganckie, przestrzeń zaprojektowana czytelnie, a moment dotarcia do nagrody przynosi autentyczną satysfakcję. Co ważne, każdy ukończony grobowiec nagradza nas nową umiejętnością, co spina eksplorację z realnym rozwojem postaci. Gdyby gra składała się wyłącznie z tych sekcji, i tak byłaby warta polecenia. Na szczęście to tylko jeden z kilku mocnych filarów.

Eksploracja, która wciąga bez ostrzeżenia

Poza zamkniętymi lokacjami gra rzuca nas do kilku rozbudowanych hubów, które stanowią całkowite przeciwieństwo pustych, współczesnych otwartych światów. Syberyjskie mapy nie oszałamiają rozmiarem, ale nadrabiają to zagęszczeniem atrakcji. Co kilka metrów trafiamy na ukryty relikt, fragment mapy skarbów, dziennik dawnego podróżnika czy surowce. Brzmi jak monotonny grind? W praktyce tak to nie wygląda, ponieważ zbieractwo ma sens i przekłada się na konkretne korzyści.

Screen z gry Rise of the Tomb Raider na Nintendo Switch 2 - #3

Metroidwaniowy szkielet rozgrywki ujawnia się tutaj w pełnej krasie. Nowe umiejętności i gadżety otwierają przejścia w odwiedzonych wcześniej miejscach, dzięki czemu powrót do znanych lokacji nie nuży, a nagradza. Zadania poboczne od napotkanych NPC zgrabnie kierują nas tam, gdzie mogliśmy coś przegapić, stanowiąc naturalny pretekst do dalszej eksploracji bez poczucia sztucznego wydłużania czasu gry. Pod względem projektowym lokacje to absolutna topka.

Strzelanie nadal zgrzyta

Skoro recenzowałem poprzednią część, muszę być z Wami szczery – niektóre problemy powróciły. Walka w Rise jest co prawda bardziej dynamiczna, Lara zyskała bogatszy arsenał, a skradanie działa bez zarzutu i pozwala zamieniać starcia w taktyczne podchody, dając spore pole do kreatywnej eliminacji wrogów. Schody zaczynają się jednak wtedy, gdy działanie po cichu przestaje być opcją i dochodzi do otwartej wymiany ognia.

Screen z gry Rise of the Tomb Raider na Nintendo Switch 2 - #4

Celowanie na Joy-Conach bywa ociężałe i mało precyzyjne – dokładnie tak samo jak w poprzednim porcie. I tutaj muszę wbić szpilę w temat żyroskopu, bo sytuacja jest wyjątkowo frustrująca. W recenzji pierwszej części pisałem, że sterowanie ruchem działa wyłącznie… przy oglądaniu znajdziek w menu. W Rise dostaliśmy kalkę tego bzdurnego rozwiązania. To kompletnie zmarnowany potencjał. Aspyr najwyraźniej nie wyciągnął wniosków, zamykając funkcję, która mogła uratować dynamikę strzelania, w zakładce ekwipunku. Na szczęście otwarta walka to tylko mniejsza część całej zabawy. Przez resztę czasu przeczesujemy grobowce i zbieramy sekrety, więc na te niedociągnięcia da się przymknąć oko.

Baba Jaga, Croft Manor i zombie – co w zestawie

Podtytuł 20 Year Celebration zobowiązuje – to wydanie jest kompletne w pełnym tego słowa znaczeniu. Do głównej kampanii dorzucono zestaw historycznych DLC, z których dwa zasługują na szczególne wyróżnienie. Wizyta w Croft Manor to kameralny, nastrojowy i czysto eksploracyjny prolog, który klimatem przypomina rasowe symulatory chodzenia. Odkrywanie rodzinnych tajemnic rodu Croftów intryguje na tyle mocno, że trudno traktować ten tryb jako zwykły, popremierowy zapychacz.

Screen z gry Rise of the Tomb Raider na Nintendo Switch 2 - #5

Jeszcze lepiej wypada Baba Jaga: Świątynia Wiedźmy. To fabularne rozszerzenie, w którym Lara zostaje odurzona halucynogenami i zaczyna tracić kontakt z rzeczywistością. Mroczna estetyka, zmieniony ton narracji oraz fakt, że misje te organicznie wpleciono w główną kampanię sprawiają, że dodatek bawi jak integralna część historii, a nie doklejona na siłę atrakcja. Poza tym dostajemy wymagający tryb przetrwania (Endurance) oraz obronę przed falami zombie. To miłe urozmaicenie na dodatkowe godziny, choć żadna z tych minigier nie zatrzyma Was przy ekranie na dłużej. Nawet traktując je tylko jako ciekawostkę, nie da się ukryć, że cały pakiet po prostu pęka w szwach od zawartości.

Port na Switch 2 – krok do przodu, krok w miejscu

Przejdźmy do kwestii technicznych – w ogólnym rozrachunku Aspyr wykonał solidną pracę. Z moich obserwacji wynika, że gra stara się trzymać 1080p i 30 klatek na sekundę, zarówno na telewizorze, jak i w trybie przenośnym. Podczas ogrywania ewentualne spadki płynności nie rzucały mi się mocno w oczy nawet w bardziej widowiskowych scenach, choć bez twardych pomiarów narzędziami analitycznymi trudno wyrokować o idealnej stabilności. Brak 60 fps-ów w docku może nieco rozczarowywać po przesiadce z portu „jedynki”, ale trzeba pamiętać, że Rise celował w znacznie wyższą jakość oprawy. Kompromis jest więc zrozumiały. Co ważne, implementacja TressFX wypada odczuwalnie lepiej – włosy Lary sprawiają wrażenie bardziej naturalnych i rzadziej straszą błędami graficznymi.

Screen z gry Rise of the Tomb Raider na Nintendo Switch 2 - #6

W trybie handheld gra potrafi zachwycić. Detale otoczenia, plastyczne oświetlenie czy płynne animacje na małym ekranie robią bardzo dobre wrażenie. Ekrany ładowania skrócono, a powrót do gry po porażce następuje szybko, co przy zabawie metodą prób i błędów znacząco uprzyjemnia rozgrywkę. Szkoda tylko, że poskąpiono opcji dostępności, a brak możliwości zapisu stanu gry w dowolnym momencie (poza ogniskami) na konsoli przenośnej bywa uciążliwy. Kwestia nieszczęsnego sterowania ruchem to z kolei temat, który przy potencjalnym przenoszeniu trzeciej odsłony po prostu musi zostać rozwiązany inaczej.

Podsumowanie

Rise of the Tomb Raider: 20 Year Celebration na Switcha 2 to pod niemal każdym względem krok naprzód – zarówno jako sama produkcja, jak i jako port. Grobowce wyzwań to najlepsze, co spotkało tę trylogię, eksploracja angażuje od początku do końca, a mechanika starzeje się z ogromną godnością. Dodatki, z genialną Babą Jagą na czele, stanowią świetne dopełnienie całości. Szkoda jedynie, że toporne celowanie i bezużyteczny w walce żyroskop to te same grzechy, które pamiętamy z poprzedniego portu Aspyra.

Screen z gry Rise of the Tomb Raider na Nintendo Switch 2 - Polska wersja
Gra posiada pełną polską wersję językową: zarówno napisy, jak i dubbing.

Jeśli podobała Wam się pierwsza część na Switchu i szukacie więcej tego samego w lepszym wydaniu – bierzcie. Jeśli natomiast ominęły Was dotychczasowe wydania, możecie spokojnie zacząć od tej przygody. Jest po prostu znacznie bardziej dopracowana.


Jeżeli podobał Wam się materiał, to koniecznie dajcie znać na X (dawny Twitter), Bluesky, naszym Discordzie, Redditcie lub Fediverse. Jesteśmy też dostępni w Google News!


Za dostarczenie gry do recenzji dziękujemy firmie Aspyr.
Udostępnienie kodu w żaden sposób nie wpłynęło na wydźwięk powyższej recenzji.


Podoba Wam się nasza praca? Wesprzyjcie kawą ☕


Artur Janczak
Naczelny. Na co dzień pilnuję, żeby nasz serwis trzymał fason, a w międzyczasie sam siadam do klawiatury. Tworzę newsy, recenzuję gry oraz sprzęt gamingowy i przelewam własne przemyślenia do felietonów. Gry wideo to dla mnie temat rzeka – niezależnie od tego, czy sprawdzam tryby wydajności w nowościach, czy wracam do starszych tytułów.
Scroll to top