Człowiek myśli sobie, że sensowne wyścigi zaczęły się od momentu przejścia gier w trzeci wymiar, a wtedy przychodzi taki Top Racer na pełnym bezczelu i podważa absolutnie wszystko, co się do tej pory wiedziało. Już pierwszy Road Rash zasiał we mnie ziarnko fascynacji tą erą gier wyścigowych, ale wciąż moje nastawienie do nich pozostawało raczej obojętne. Kategorycznie zmieniło się to jednak w momencie, kiedy na dysku mojego Switcha wylądowała składanka Top Racer Collection od QUByte, oferująca przede wszystkim możliwość cofnięcia się w czasie o trzydzieści lat i przekonania się, że oryginalny Top Racer to wciąż absolutnie genialna produkcja.
Jaki Top Racer?
Jeżeli tytuł ten absolutnie nic Wam nie mówi, to kompletnie się nie dziwię, bo również ja początkowo nie miałem zielonego pojęcia, czym jest ta „kultowa” według wydawcy gra. Nieco lepiej kojarzyć ją możecie natomiast pod nazwą Top Gear, bo właśnie tak przechrzczono ją poza Japonią. Sama produkcja może dodatkowo budzić skojarzenia z serią Lotus, wydawaną na początku lat 90. między innymi na komputery Amiga i Atari. Skojarzenie trafne, bo będące jej wydawcą Gremlin Graphics w 1992 roku samo postanowiło zakasać rękawy, tworząc właśnie cudo o nazwie Top Racer.

Proste, acz głębokie
Czym wyścigi są, każdy widzi. Toteż tłumaczenie meandrów kręcenia kółeczek nie ma większego sensu. Warto natomiast powiedzieć, że Top Racer ma zaskakująco sporo głębi. Do wyboru dostajemy przede wszystkim cztery samochody, różniące się od siebie prędkością maksymalną, przyśpieszeniem, przyczepnością i zużyciem paliwa. Zbalansowano je przy tym raczej tak sobie, przez co taki Sidewinder, teoretycznie najwolniejszy, dzięki niskiemu spalaniu, szybkiej akceleracji i wysokiej przyczepności kompletnie deklasuje wszystkie pozostałe samochody, na czele z najszybszym na papierze Cannibalem.
Wynika to poniekąd ze specyfiki samej rozgrywki. Trasy w Top Racer (łącznie jest ich 32) najeżone są niebezpieczeństwami. Ostre i niekiedy długie zakręty oraz liczne serpentyny zazwyczaj otoczone są czyhającymi na poboczu drzewami lub znakami, o które bardzo łatwo zahaczyć, pędząc ponad dwieście kilometrów na godzinę. Dodatkowo w wyścigu udział bierze jednocześnie dwadzieścia samochodów (wliczając w to ten prowadzony przez gracza), potrafiących nierzadko złośliwie zajechać nam drogę czy też po prostu znaleźć się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie. Nie pomaga też fakt, że na dłuższych trasach należy brać pod uwagę spalanie.

Zręczne palce wymagane
Opróżnienie baku kończy się dyskwalifikacją, o ile cudem nie doturlamy się do mety, więc kiedy tylko wskaźnik paliwa zacznie robić się niebezpiecznie czerwony, należy zjechać do boksu i uzupełnić bak, poświęcając tym samym swoją pozycję. Wspomniany benzynożerny Cannibal będzie musiał to zatem robić zdecydowanie częściej, niż ekonomiczny Sidewinder, który dodatkowo szybciej osiągnie z powrotem swoją maksymalną prędkość. Można to traktować jako dodatkowe wyzwanie, nawet jeśli sama gra posiada już kilka poziomów trudności (nawet najniższy nie jest samograjem). Niezależnie od tego, jaki samochód wybierzemy, Top Racer sprawia masę frajdy i satysfakcji. Rozgrywka wymaga momentami sporej zręczności, ale i nie tylko, bo równie ważna jest taktyka. Sporo zależy bowiem od tego, kiedy zjedziemy do boksu lub w którym momencie użyjemy dopalacza. Zwłaszcza ten ostatni potrafi odmienić losy wyścigu, ale możemy go wykorzystać jedynie trzy razy.
Piękno w klimacie retro
O ile zazwyczaj nie poświęcam zbyt wiele uwagi muzyce, tak ta w Top Racer jest po prostu prześwietna, kapitalnie zagrzewając do walki o pierwsze miejsce. Zresztą cała oprawa audiowizualna prezentuje się wybornie, ciesząc oko ślicznymi sprite’ami oraz różnorodnymi lokacjami. Bez problemu można rozpoznać, czy właśnie śmigamy po torze w San Francisco, Paryżu czy Londynie, a całości uroku dodaje również tryb dnia i nocy. Niby to drobnostka, ale nagłe zapadnięcie zmroku każdorazowo wywołuje uśmiech na twarzy. W zasadzie moim jedynym zarzutem odnośnie do prezentacji Top Racer jest brak możliwości wyłączenia podzielonego ekranu, nawet jeśli gramy w pojedynkę. Nie tylko niepotrzebnie ogranicza to to, co widzimy, ale, co gorsza, zmniejsza płynność animacji. Boleśnie widoczne jest to wtedy, gdy drugi samochód zjeżdża do boksu, a Top Racer staje się nagle przyjemnie płynny. Przeskok ten jest rażący, zwłaszcza kiedy gramy na współczesnych, zdecydowanie mocniejszych od SNES-a platformach.
Top Gear z Japonii
Jest to jednak zaledwie łyżeczka dziegciu w beczce wyścigowego miodu. Top Racer nadal pozostaje niesamowicie grywalny, a do ograniczonej liczby klatek idzie się przyzwyczaić. Cała reszta to już bowiem klasa światowa, przynajmniej jak na swoje czasy, choć i dzisiaj po tytuł ten bezapelacyjnie warto sięgnąć. Zwłaszcza jeśli podobały Wam się tak produkcje, jak chociażby Horizon Chase: Turbo, który garściami czerpał inspiracje właśnie z Top Racer. Twórcy nie kryli się ze swoim zamiłowaniem do klasyka od Gremlin Graphics i jestem przekonany, że do grona jego miłośników po zagraniu dołączycie również Wy. Wersja z Top Racer Collection dodatkowo Wam to ułatwi, dorzucając szereg filtrów, ramek na ekran i możliwość zapisu w dowolnym momencie.
Jeżeli podobał Wam się materiał, to koniecznie dajcie znać na X (dawny Twitter), naszym Discordzie lub Fediverse. Jesteśmy też dostępni w Google News!
Udostępnienie kodu w żaden sposób nie wpłynęło na wydźwięk powyższej recenzji.







