Walka z Backlogiem: Grid Force – Mask of the Goddess (PC). Gdzie czempionek sześć…

Grid Force grafika główna

Nie mogę wyjść z podziwu nad tym, co wraz z Playtra Games osiągnęło Dreamnauts Studio. W obecnych czasach nie jest wielką sztuką stworzyć grę, ba, nawet taką naprawdę dobrą jest zrobić relatywnie łatwo. Indycza rewolucja sprzed kilkunastu lat i dostęp do rozmaitych silników pokroju Unity skutecznie cały ten proces uprościły, więc nawet małe studio może wypuścić na rynek niespodziewany hit. Sztuką jest natomiast stworzyć produkcję pełną wad i w wielu miejscach nieprzemyślaną, od której mimo wszystko trudno będzie się graczom oderwać. Idealnym tego przykładem jest Grid Force – Mask of the Goddess.

Gra “na winie”

Twórcom zdecydowanie nie można odmówić ambicji. Wpadli w końcu na dość niecodzienny pomysł osadzenia akcji bullet hella na składających się z kwadratów planszach, przypominających coś, co zobaczyć do tej pory można było głównie w taktycznych produkcjach pokroju Heroes of Might & Magic tudzież X-COM. Dokooptowali do tego jeszcze motyw tworzenia drużyny wyrwany żywcem z Pokemonów, wliczając w to „łapanie” nowych członków oraz oparte na żywiołach ataki. Istne kuriozum, które pomimo niesamowitego gatunkowego miksu pozostaje relatywnie proste do przyswojenia, dzięki czemu momentalnie uzależnia i wywołuje syndrom jeszcze jednej partii.

Grid Force walka
Kora potrafi zalać pole przeciwnika pociskami w trymiga zbić im tarczę.

Jest to o tyle interesujące, że pod względem mechaniki Grid Foce – Mask of the Goddess wyraźnie daleko do ideału. Świetnemu pomysłowi ciąży bowiem pewna niekompetencja w zakresie balansu, przez potyczki ze środka gry często okazują się zdecydowanie trudniejszymi nawet od walki z finałowym bossem. Przeciwników na planszy potrafi być momentami na tyle dużo, że momentalnie zasypują naszą stronę planszy swoimi atakami, skutecznie utrudniając bezpieczną nawigację po niej. Pociski wprawdzie możemy odbijać, ale tę samą umiejętność posiadają stające na naszej drodze maszkary, więc w zalewie kolorowych promieni, laserów i kul energii, niejednokrotnie zdarzy Wam się nie zauważyć, że swój powracający, mocarny atak zauważycie, dopiero kiedy walnie Was w pysk.

Pozdro, poćwicz!

Nie neguję w tym miejscu, że Grid Force – Mask of the Goddess wymaga refleksu i umiejętności. To wymagająca produkcja, w którą łatwo jest wejść, ale trudno opanować do perfekcji. Absolutna klasyka pośród najbardziej uzależniających tytułów, ja wiem, ale w przypadku Grid Force dochodzą jeszcze wspomniane nieprzemyślane decyzje. Interfejs oraz spora część mechanik są zwyczajnie nieczytelne i zdecydowanie zbyt dużo czasu zajęło mi zrozumienie, co się w zasadzie dzieje. Wciąż zresztą pewnych zależności do końca nie pojąłem. Świetnym tego przykładem są zdobywane w trakcie przygody maski, które obdarzają nasze bohaterki specjalnymi, niezwykle potężnymi umiejętnościami, jak chociażby odebranie przeciwnikom połowy zdrowia i tym samym uleczenie siebie. Dlaczego część z tych umiejętności raz działała, a raz nie? Nie mam zielonego pojęcia, gra tego (i wielu innych mechanik) nie tłumaczy.

Grid Force zespół
Donna, Pan, Koniko i Bird to początkowe członkinie zespółu, z którymi prawdopodobnie i tak spędzicie najwięcej czasu.

Gonna catch ’em all!

Żeby nie było, że z początku zachwalałem, a teraz tylko narzekam. Samo budowanie drużyny wypada już naprawdę świetnie. Spora w tym zasługa zróżnicowanej, choć w pełni kobiecej obsady wojowniczek, które możemy wcielić do swojej drużyny. Każdej z nich przypisano odpowiednią klasę postaci (w zasadzie uniwersalnego czempiona, maga, tanka lub DPS-a), konkretny żywioł, a także zestaw umiejętności i ataków, do których dostęp zdobywamy podnosząc poziomy bohaterek za pozyskiwane w trakcie rozgrywki kryształy. O ile jednak wojowniczek jest ponad trzydzieści, o tyle już na akcję wziąć możemy maksymalnie cztery, więc należy dobrać odpowiednio zróżnicowany skład. Jest to o tyle ważne, że taktyczne przełączanie się w locie między nimi w taki sposób, by jak najlepiej wykorzystać słabe strony przeciwnika jest kluczowe, by wygrać.

Psikus polega na tym, że o ile nie macie ochoty na spędzenie Grid Force – Mask of the Goddess dziesiątek godzin na grindowaniu, stanowczo zalecam trzymanie się jednego zestawu postaci. Potrzebnych do awansowania na wyższe poziomy kryształów otrzymuje się na tyle niewiele, że w momencie dotarcia do finału dociągniecie do około piątego, może szóstego levelu z dziesięciu możliwych. Skutecznie zniechęca to do eksperymentowania i testowania nowego narybku. Jest to przy tym o tyle smutne, że każdą z bohaterek gra się drastycznie inaczej i pewnie nie odkryłbym przesadnie mocarnych podstawowych ataków jednej z nich, gdyby nie wymusiła tego na mnie gra, odbierając mi jedną ze stałych członkiń zespołu.

Grid Force manga
Fabuła przekazywana jest w formie zgrabnie narysowanej mangi.

Que?

Może Was zastanawiać dlaczego tyle już rozpisuję się na temat gry, ale nie zająknąłem się jeszcze nawet na temat fabuły. Zazwyczaj staram się ten temat poruszać jak najwcześniej, by łatwiej było Wam zagłębić się w świat omawianego tytułu, ale w tym konkretnym przypadku nie ma to absolutnie żadnego znaczenia. Nie dlatego, że Grid Force – Mask of the Goddess nie ma fabuły lub jest ona na tyle skromna, że wręcz nieistotna. Wręcz przeciwnie, historia jest tu nie tylko bardzo ważna, ale też całkiem, jak mi się wydaje, ambitna. Problem w tym, że naprawdę nie wiem, o czym Grid Force jest…

Ja ni ponimaju…

To znaczy, w największym skrócie tytuł ten opowiada o Donnie, która otrzymuje od bóstwa imieniem Clea zadanie wyruszenia w podróż przez planetę Gora i pokonanie innego złego bóstwa, by przerwać cykl zniszczenia i uratować tym samym przyszłość świata. Twórcy widocznie planowali stworzyć dość bogaty w historię świat, pełen interesujących postaci, ale niestety nie do końca wiedzieli, jak się do tego zabrać. W efekcie – nie licząc budowanej między bohaterkami relacji, te wypadają super – otrzymaliśmy jedną, wielką kakofonię, w której naprawdę trudno jest zrozumieć, kto, kurde, jest synem kogo.

W tle przewija się odwieczna wojna, jakieś cykle, maski bogiń, tytułowy grid force, persony i machinae – i wszystko byłoby super, gdyby ktoś zatrzymał się na moment i to wszystko graczowi wytłumaczył. Paradoksalnie mamy tutaj do czynienia z przerostem treści nad formą. Krótkie przerywniki filmowe, przyjmujące tu formę wyrwanych z mangi stron oraz dość skąpe w treść w dialogi (tylko po angielsku) to niestety za mało, by sensownie przedstawić odbiorcy tak bogaty świat, jakim zdaje się ten z Grid Force. To niestety nie Dark Souls, które swoje braki w tradycyjnej narracji zastępowało narracją środowiskową, a najzwyczajniej w świecie źle napisana gra.

Wciągający chaos

Nie mogę pozbyć się wrażenia, że Grid Force – Mask of the Goddess mogło być naprawdę olbrzymim sukcesem, gdyby tylko ktoś przysiadł nad nią dłużej i solidnie ją przemyślał. Prawdopodobnie wyeliminowałoby to problem zachwianego balansu i chaotycznej narracji, pozostawiając to, co najlepsze – uzależniający gameplay, kolorową i niezwykle sympatyczną grupę bohaterek, a także naprawdę pięknie wyglądające plansze i projekty postaci. Niestety, na tę chwilę, choć bawiłem się naprawdę świetnie, trudno jest mi Grid Force z czystym sercem polecić. Zachęcam jednak do sprawdzenia dostępnego na Steamie demka i przekonania się na własnej skórze, z czym się to je.

Jeżeli nadal masz wątpliwości, koniecznie przesłuchaj recenzję Grid Force – Mask of the Goddess w TrójKast #038 – Skarpetka.

Za dostarczenie gry dziękujemy firmie Gravity Game Arise.
Udostępnienie kodu w żaden sposób nie wpłynęło na wydźwięk powyższej recenzji.

Avatar photo
Moim ulubionym kolorem jest zielony, ale akceptuję też niebieski i czerwony. Choć preferuję siedzenie na kanapie, nie wzgardzę nawet taboretem. Staram się bowiem nie ograniczać i grać we wszystko, na wszystkim. Pasję do grania z radością łączę ze swoją drugą miłością – pisaniem.
Scroll to top