Postawcie obok siebie Genesis Zircon 880 i Zircon 880 Pro, zabierzcie pudełka i schowajcie naklejki, a nie zgadniecie, która jest która. Ta sama bryła, te same 64 gramy, te same szklane ślizgacze i identyczna zawartość zestawu. Cała różnica siedzi pod skorupą i kosztuje ponad sto złotych. Pro sprawdzał u nas Marcin i w wielu miejscach po prostu się z nim zgadzam, bo tańsza wersja błyszczy dokładnie tak samo. Pytanie brzmi więc inaczej: co właściwie tracicie, oszczędzając tę stówkę?
Specyfikacja
| Sensor | Optyczny Pixart PAW3311 (200-12 000 DPI, 35 G, 300 IPS) |
| Częstotliwość próbkowania | 1000 Hz |
| Łączność | 2,4 GHz, Bluetooth, przewodowa USB-C |
| Przełączniki | Kailh Optical, żywotność 150 mln kliknięć |
| Przyciski | 6, wszystkie programowalne, obsługa makr |
| Zasilanie | Wbudowany akumulator 500 mAh |
| Ślizgacze | Szklane, zapasowe w zestawie |
| Podświetlenie | Brak |
| Wymiary i waga | 125 x 65 x 42 mm, 64 g |
| Zestaw | Kabel USB-A/USB-C 180 cm w oplocie, odbiornik USB, taśmy grip tape, zapasowe ślizgacze |
Bliźniaczka nie do odróżnienia
Zacznijmy od tego, czego tu nie brakuje, bo lista jest długa. Obudowa z matowego tworzywa nie ugina się ani nie trzeszczy pod naciskiem, kształt jest spokojny, bez agresywnych wcięć i dziwactw, a 64 gramy robią swoje przy każdym większym przeciągnięciu przez podkładkę. Sprzęt pasuje do chwytu palm i claw, przy czym osoby z naprawdę dużą dłonią mogą uznać tył obudowy za odrobinę za niski. Główne przyciski oparto o optyczne przełączniki Kailh o deklarowanej żywotności 150 milionów kliknięć, czyli dokładnie te same, które trafiły do droższego wariantu.
Klik jest krótki, suchy i dość głośny, co w grze uznaję za zaletę, ale wieczorem w cichym pokoju już niekoniecznie. Boczne przyciski leżą wysoko i płasko, więc kciuk trafia w nie bez szukania, a jednocześnie trudno wcisnąć je przez przypadek. Rolka ma wyraźne skoki i sztywny środkowy klik, przez co do przewijania długich dokumentów bywa męcząca, za to nie przeskakuje o dwa stopnie, kiedy akurat zmieniacie broń. Wszystko, czego dotyka dłoń, jest tutaj identyczne jak w modelu Pro, łącznie z taśmami gripowymi i zapasowymi ślizgaczami w pudełku.
PAW3311 i tysiąc herców w praktyce
Przejdźmy do sedna, czyli do dwóch pozycji w tabeli, które odróżniają obie myszy. Zamiast topowego PAW3395 mamy tu PAW3311 z zakresem do 12 000 DPI, a zamiast 8000 Hz raportowania – standardowy tysiąc. Brzmi jak wyraźne cięcie i formalnie nim jest, tylko że w codziennym graniu nie umiałem go wskazać palcem. Sensor nie gubi ruchu, nie wariuje przy szybkich przeciągnięciach i nie przypomina o sobie w żadnym niewygodnym momencie, a przecież właśnie o to chodzi.
Z ośmioma tysiącami herców sprawa jest jeszcze prostsza. Żeby zobaczyć różnicę między raportowaniem co milisekundę a co osiem razy częściej, potrzebujecie monitora 240 Hz i klatek, które za nim nadążą. Przy zestawie z ekranem 144 albo 165 Hz siedzi to głęboko poniżej progu wyczuwalności i kupujecie wtedy liczbę z pudełka, a nie przewagę w grze. W ARCRaiders i w Wardogs ta tańsza wersja zachowywała się tak, że po kwadransie przestałem o niej myśleć, co w przypadku myszy jest najwyższą pochwałą.
Bateria, łączność i oprogramowanie
Akumulator ma 500 mAh, dokładnie jak w Pro, tylko że nie musi zasilać podkręconego raportowania. Producent deklaruje około sześćdziesięciu godzin pracy przy tysiącu herców i do stu dwudziestu na Bluetoothie, a moja praktyka sprowadzała się do podpięcia kabla raz na tydzień. To akurat ciekawy paradoks tej konstrukcji: rezygnacja z najgłośniejszej funkcji droższego modelu kupuje Wam trzy razy dłuższy czas pracy. Ładowanie odbywa się przez ten sam port USB-C, którym mysz łączy się przewodowo, więc rozładowany akumulator nie kończy sesji.
Trybów łączności jest trzy i każdy ma swoje miejsce. Odbiornik 2,4 GHz do grania, Bluetooth do laptopa, a kabel do ładowania i awaryjnych sytuacji. Przełącznik siedzi na spodzie, a oplot przewodu jest na tyle miękki, że granie na uwięzi wcale nie jest karą. Oprogramowanie producenta pozostaje proste i z grubsza bezbolesne: poziomy DPI, przypisanie przycisków, makra, profile. Ustawienia lądują w pamięci myszy, więc po przepięciu do innego komputera nie trzeba niczego instalować od nowa.
Gdzie uwiera?
Największe zastrzeżenie dotyczy czegoś, czego nie ma w żadnej tabeli. Szklane ślizgacze w parze z lekką obudową sprawiają, że mysz potrafi zjechać po twardej podkładce dalej, niż początkowo zamierzaliście. Przy dużych ruchach to zaleta, bo poślizg jest gładki i przewidywalny, ale przy precyzyjnym trzymaniu kąta zaczyna przeszkadzać. Pomagają taśmy gripowe z zestawu albo zmiana podkładki na bardziej szorstką, więc problem da się rozbroić, tylko warto o nim wiedzieć przed zakupem.
Reszta to w zasadzie drobiazgi. Na wierzchu nie ma wskaźnika wybranego trybu łączności, przez co po wyjęciu myszy z plecaka czasem trzeba zgadywać, w jakim trybie została uruchomiona. Poziom naładowania sprawdzicie dokładnie tylko w aplikacji – obudowa sygnalizuje wyłącznie jego niski stan. W oprogramowaniu zabrakło też regulacji wysokości odczytu (LOD), którą dostał wariant Pro. Podświetlenia nie ma tu wcale, poza diodą informującą o profilu DPI, i akurat tego zupełnie mi nie brakowało.
Podsumowanie
Genesis Zircon 880 to ten rzadki przypadek, w którym tańszy model nie jest po prostu okrojoną wersją, tylko tą rozsądniejszą. Dostajecie tę samą obudowę, tę samą wagę, te same przełączniki i ten sam zestaw dodatków, a rezygnujecie jedynie z zapasu parametrów, którego większość graczy i tak nigdy nie wykorzysta.
Za różnicę w cenie kupicie sobie porządną podkładkę, która w praktyce zrobi dla Waszej celności więcej niż siedem dodatkowych tysięcy herców. Pro ma sens przy monitorze 240 Hz i wyżej – przy każdym innym zestawie tańsza bliźniaczka jest po prostu lepszym zakupem. Marcin pisał, że jego egzemplarz nie wrócił do pudełka. Mój też nie wrócił.
Jeżeli podobał Wam się materiał, to koniecznie dajcie znać na X (dawny Twitter), Bluesky, naszym Discordzie, Redditcie lub Fediverse.
Udostępnienie urządzenia w żaden sposób nie wpłynęło na wydźwięk powyższej recenzji.






