Wielders of the Essence – recenzja (PC). Mała gra, wielkie bagno

Gra dostępna na:
PC
Logo i główna grafika z gry Wielders of the Essence
Artur Janczak
Artur Janczak

„Jeśli wuj miał rację co do tego jaja, może nas wszystkich uratować!” To jedno z pierwszych zdań, jakie słyszymy od G’Rody, i trudno o lepsze streszczenie całej gry. Mała żaba, gadające jajo i bagno pełne szczurów. Szwedzkie studio Lavapotion, które w Songs of Conquest wskrzesiło ducha trzecich Heroesów, tym razem zamieniło tury i heksy na bullet heaven w stylu Vampire Survivors. Do tego projektu podchodziłem z ciekawością fana ich poprzedniej produkcji, a skończyłem na wyższych poziomach trudności z przekonaniem, że Wielders of the Essence ma do zaoferowania znacznie więcej, niż sugeruje jego skromna cena.

Z turowej mapy prosto w rój

Wielders of the Essence zaczęło się jako poboczny projekt, przerywnik dla zespołu pracującego nad Songs of Conquest, i w wielu miejscach to czuć w najlepszym sensie. Akcja rozgrywa się w tym samym świecie Aerboru, a gra korzysta z masy znajomych grafik, jednostek i czarów. Kto spędził z poprzednią produkcją studia tyle godzin co ja, a w 2022 roku pisałem u nas, że to piękny strzał w nostalgię, od pierwszej minuty poczuje się jak w domu, tylko z zupełnie inną rozgrywką.

Wielders of the Essence, G’Roda na bagnach otoczony szczurami, dymek z kwestią o tajemniczym jaju

Zamiast planowania ruchów na mapie i bitew na heksach dostajemy klasyczną dla gatunku formułę. Postać sama atakuje, my odpowiadamy za ruch i kierunek, a ekran z minuty na minutę wypełnia się coraz gęstszą hordą przeciwników. Na papierze to kolejny klon Vampire Survivors, jakich na Steamie setki. W praktyce Lavapotion dorzuciło do tej formuły dwie rzeczy, których zwykle w niej brakuje: armię i dom, do którego chce się wracać.

Żaba, jajo i bagienna osada

Wcielamy się w G’Rodę, młodego żabiego wojownika, który szuka zaginionego wuja. Po pierwszym spotkaniu ze szczurzym rojem ratuje go Uśpiony, tajemnicze gadające jajo, które w zamian za kryształy doświadczenia uczy magii. Fabuła ogranicza się do kilku kwestii przy kolejnych odblokowaniach i jest raczej pretekstem niż motorem gry, ale ma swój urok i nie wchodzi w drogę.

Rozbudowana bagienna osada nocą, budynki odblokowujące oddziały i czary

Sercem metaprogresji jest bagienna osada, którą rozbudowujemy złotem i surowcami przywiezionymi z wypraw. Każdy budynek odblokowuje nowe oddziały, czary, bohaterów albo ulepszenia, więc nawet nieudany run popycha nas do przodu. To nie pełnoprawne budowanie bazy, raczej ładnie podane drzewko ulepszeń, ale dla kogoś wychowanego na rozbudowie miast w Heroes widok osady rosnącej po kolejnych podejściach daje dokładnie ten rodzaj satysfakcji, który znam z dawnych lat. Po zakątkach osady porozrzucano też kilka sekretów, które warto wypatrzyć.

Własna horda zamiast samotnego biegania

Największym wyróżnikiem gry są oddziały sojuszników. W trakcie runu werbujemy stwory znane fanom Songs of Conquest: zakopujących się w ziemi pełzaczy plujących kwasem, łowców, magów i inne jednostki, które walczą obok bohatera i trzymają się w jego pobliżu. Liczba miejsc w drużynie rośnie wraz z rozbudową osady, a oddziały da się ulepszać zarówno na stałe, jak i w trakcie wyprawy. Po kilku minutach runu okazuje się, że to my prowadzimy własną, małą hordę, i ta zmiana ról daje ogromną frajdę.

Masowa walka pełna efektów czarów i liczb obrażeń

Oddziały to także element taktyki, bo każdy z nich zasila nas określonym rodzajem esencji, a ta napędza czary. Dobór drużyny wpływa więc nie tylko na to, kto walczy obok nas, ale też na to, jak szybko rzucamy zaklęcia. Ja przez większość czasu grałem G’Rodą, startowym bohaterem, ale kolejni – jak żółw P’Cha czy nastawiony na wspieranie oddziałów Rasc – każą do tego systemu podejść zupełnie inaczej.

Esencja w trzech smakach

Tytułowa esencja występuje w trzech odmianach: zniszczenia, arkanów i stworzenia. Poszczególne rodzaje zasilają inne zestawy czarów, od krążących wokół bohatera kul po łańcuchowe błyskawice, a im więcej esencji danego typu zbierzemy, tym częściej zaklęcie się odpala. To prosty mechanizm, ale w połączeniu z oddziałami tworzy całkiem głęboki system zależności, w którym szukanie synergii między jednostkami, czarami i przedmiotami staje się osobną zabawą. Najlepsze runy kończą się tym, że ekran tonie w efektach, a boss pada, zanim zdążymy mu się przyjrzeć.

Skrzynia z wyborem trzech nagród różnej rzadkości

Do tego dochodzą przedmioty i ekwipunek. Broń startowa jest przypisana do bohatera, ale w trakcie wyprawy kupimy nowe u kupców albo wykujemy w kuźniach na mapie, a skrzynie podsuwają artefakty różnej rzadkości. Na mapach rozsiano też kapliczki z czasowymi wzmocnieniami, osady i kopalnie do przejęcia. Kapliczka przyciągająca wszystkie rozsypane kryształy w jednej chwili to drobiazg, który niezmiennie daje zaskakująco dużo satysfakcji.

Songs of Conquest – recenzja (PC). Jak poprawnie wykorzystać nostalgię!

Runy na jedną kawę

Udane podejście trwa mniej więcej osiem–dziewięć minut, więc Wielders of the Essence idealnie nadaje się na krótką sesję i zdradliwie łatwo zamienia jedną rundę w dziesięć. Progresja jest przy tym wyjątkowo przyjazna. Po prawie każdym runie mamy co ulepszyć, a różnicę czuć już w następnym podejściu, zamiast czekać na nią godzinami. Po ukończeniu map na standardowym poziomie odblokowują się wyższe poziomy trudności, które naprawdę wymagają przemyślanego buildu, a na koniec tryb Ascend, czyli nowa gra z klątwami i błogosławieństwami, które pozwalają dowolnie podkręcić wyzwanie.

Screen z walki w Wielders of the Essence #1

Najsłabszym punktem gry jest jej rozmiar. Map jest tylko pięć, a wraz z nimi niewiele utworów muzycznych, więc przy dłuższym graniu krajobrazy i melodie zaczynają się powtarzać. Wyższe poziomy trudności i Ascend przedłużają zabawę, ale to wciąż te same lokacje oglądane po raz kolejny. Przy tej cenie trudno o to mieć pretensje, choć mam nadzieję, że studio dorzuci nowe mapy i frakcje, bo fundamenty są na to gotowe.

Piksele z charakterem

Graficznie to wciąż ta sama, przepiękna oprawa, za którą pokochałem Songs of Conquest. Pikselowe postacie są szczegółowe, efekty czarów kolorowe i czytelne, a portrety bohaterów należą do najładniejszych w gatunku. W najgęstszych starciach sojusznicy potrafią zniknąć w tłumie, ale zwykle i tak robią swoje bez naszej pomocy. Muzyka trzyma poziom poprzedniej gry studia, tylko szkoda, że jest jej tak mało.

Screen z walki w Wielders of the Essence #2

Na PC gra działała bez najmniejszych problemów. Grałem na myszce i klawiaturze, co w tym gatunku sprawdza się doskonale, choć gra wspiera też pady i według graczy dobrze działa na Steam Decku. Do wyboru jest polska wersja językowa, z której korzystałem, a postępy z dema przenoszą się do pełnej wersji. Warto tylko wiedzieć, że część graczy zgłaszała po premierze problemy z zapisem w chmurze, więc na wszelki wypadek dobrze mieć to na oku.

Wielders of the Essence, czyli mała gra i wielkie bagno

Wielders of the Essence to dowód, że w przepełnionym gatunku wciąż da się powiedzieć coś nowego. Oddziały sojuszników, czary zasilane esencją i rosnąca osada dają tej grze tożsamość, której brakuje większości klonów Vampire Survivors, a krótkie runy i przyjazna progresja sprawiają, że trudno odejść od ekranu. Pięć map i skromna liczba utworów to jedyne, co wyraźnie uwiera. Fani Songs of Conquest dostaną sympatyczny powrót do Aerboru, a miłośnicy gatunku, jedną z ciekawszych propozycji ostatnich miesięcy. Obecnie gra kosztuje na Steamie 19,79 zł i naprawdę warto w nią zagrać. A jeśli wciąż macie wątpliwości, dajcie tym żabom szansę, bo niewiele gier oferuje tyle frajdy za tak niewielkie pieniądze.

Za dostarczenie gry do recenzji dziękujemy firmie Lavapotion.
Udostępnienie kodu w żaden sposób nie wpłynęło na wydźwięk powyższej recenzji.


Jeżeli podobał Wam się materiał, to koniecznie dajcie znać na X (dawny Twitter), Bluesky, naszym Discordzie, Redditcie lub Fediverse.



Podoba Wam się nasza praca? Wesprzyjcie kawą ☕


Artur Janczak
Naczelny. Na co dzień pilnuję, żeby nasz serwis trzymał fason, a w międzyczasie sam siadam do klawiatury. Tworzę newsy, recenzuję gry oraz sprzęt gamingowy i przelewam własne przemyślenia do felietonów. Gry wideo to dla mnie temat rzeka – niezależnie od tego, czy sprawdzam tryby wydajności w nowościach, czy wracam do starszych tytułów.
Scroll to top