Nie ufam krzakom, ba, z podejrzliwością zerkam na każdą roślinę. To nie przyjaciele, to zieloni i wyjątkowo podstępni wrogowie. Barszcz Sosnowskiego, na ten przykład, tylko czeka, by dorwać nieuważnego nieszczęśnika. Pewnie myślicie, że jestem wariatem. Pewnie myślicie, że botanofobia jest Wam niegroźna! Widocznie nigdy nie graliście w Hell Let Loose. W przeciwnym razie przytakiwalibyście mi właśnie bez zastanowienia, ale spokojnie, nic straconego – w końcu właśnie premierę miało Hell Let Loose: Vietnam, które zmienia w zakresie rozgrywki dość sporo, ale akurat krzakom ufać tu nie można jeszcze bardziej!
Graj tak, jakbyś miał tylko jedno życie
Śmichy-chichy, ale Hell Let Loose to gra – czy też już raczej seria – w której o śmierć jest wyjątkowo łatwo. Jedna kula często wystarcza, by zostać odesłanym przed oblicze św. Piotra, toteż sporo czasu spędza się w niej na uważnym obserwowaniu zarośli w poszukiwaniu ukrywającego się w nich przeciwnika. Jako że Hell Let Loose: Vietnam przenosi akcję z mocno zadrzewionych, ale mimo wszystko całkiem przejrzystych obszarów Europy w między innymi gęste, wietnamskie dżungle, to normalne, iż miejsc do ukrycia się jest tu sporo. Dość powiedzieć, że pierwszy krzak zabił mnie dokładnie po minucie mojego pierwszego meczu, a jeden z najintensywniejszych pojedynków odbyłem, leżąc wraz z wrogiem w wysokiej trawie, bojąc się ruszyć i nasłuchując szelestu oponenta.

Dlaczego tyle miejsca poświęcam na walczenie z zaroślami? Powód jest prosty: jeśli nie jesteście na to gotowi, Hell Let Loose: Vietnam nie jest grą dla Was. Fakt, to sieciowy FPS z bardzo nęcącym settingiem i obfitujący w widowiskowe akcje (moment, kiedy jako medyk zacząłem biec w kierunku rannego sojusznika na sekundę przed tym, jak łupnęła w niego artyleria, na długo zostanie mi w pamięci), które świetnie nadadzą się na tiktokowo-youtube’owe kompilacje, ale nie jest to Call of Duty ani nawet Battlefield. W Hell Let Loose należy grać tak, jakby miało się wyłącznie jedno życie, ściśle współpracując z innymi graczami, najlepiej przy użyciu headsetu. W przeciwnym razie ginąć będziecie szybko i często, a gra Was sfrustruje, zamiast bawić.
Armia graczy
Do wspólnej zabawy usiąść może łącznie 100 graczy, dzięki czemu pomimo olbrzymich rozmiarów każdej z 6 map, naprawdę rzadko kiedy możemy czuć się faktycznie bezpiecznie. Zwłaszcza że mimo wszystko potyczki odbywać się będą w kilku konkretnych punktach na mapie, których przejęcia wymagać będzie od nas wytyczna rozgrywanego trybu. Tych w teorii jest kilka, ale są to tak naprawdę wariacje na temat znanego graczom Battlefieldów podboju – celem zawsze jest przejęcie kontroli nad wyznaczonymi, ale w zależności od trybu będziemy chociażby atakować wszystkie naraz czy też przesuwać linię frontu punkt za punktem. Kto grał w oryginał, ten wie, że choć różnorodność na papierze nie jest mocną stroną HLL, to diabeł tkwi w szczegółach.

Każdy z graczy po dołączeniu do 6-osobowej drużyny może objąć jedną z aż 17 ról. Te najbardziej podstawowe to oczywiście zwykły strzelec oraz medyk, ale na ambitniejszych czekają bardziej wymagające zadania. Ot, inżynier może stawiać między innymi zasieki, bunkry czy garnizony, o ile w odpowiednią liczbę zasobów zaopatrzy go specjalista. Tandem snajpera i obserwatora oprócz osłaniania z dystansu, wesprze zespół oznaczaniem obecności wroga. Z kolei grenadier zajmie się jego pojazdami, a strzelec maszynowy położy gęsto osłonę ogniową. Zapomnieć nie można też o operatorach moździerza, ekipie czołgu czy w końcu dowódcach (oddziału i całego zespołu), którzy wspierać będą innych graczy taktycznie, choćby zamawiając nalot napalmu.
Nowe oblicze piekła
Nie zabrakło oczywiście kilku nowości względem oryginału. Może nie jest ich wyjątkowo dużo, ale znacząco wpływają na rozgrywkę. Przede wszystkim mowa w tym miejscu o dwóch nowych rolach na wyłączność dla armii amerykańskiej, powiązanych z operowaniem świeżutkimi śmigłowcami. Wprawdzie nie puścimy z nich „Lotu Walkirii” Wagnera, ale za to dzięki nim szybko przerzucimy za linię frontu zasoby oraz piechotę, przy okazji ostrzeliwując Wietnamczyków z zamontowanych działek. Wietkong takiej technologii niestety nie ma, ale do perfekcji opanował kopanie tuneli. Oczywiście nie jest to Minecraft, więc stawiamy tylko wejścia do nich, które później dowódca łączy w sieci szybkiej podróży. Nie są to zmiany, które aż biją po oczach, ale mają mocny wpływ na rozgrywkę, przyśpieszając zauważalnie tempo meczów.

Bynajmniej nie jest to siekanka rodem z Call of Duty. Nadal potyczki o jeden punkt mogą tkwić w impasie przez długi czas, ale w praktyce jest to niemal nieodczuwalne. Jeżeli w pełni wejdziemy w swoją rolę, będziemy zbyt zajęci stawianiem zapory ogniowej bądź próbą przedostania się z apteczką do powalonego przeciwnika, podczas gdy dookoła nas świszczą kule. Hell Let Loose: Vietnam oferuje tym samym wyjątkowo emocjonującą rozgrywkę, pełną niezapomnianych momentów, zwłaszcza kiedy trafimy wśród graczy mocno wczuwających się w grę i odgrywających na mikrofonie przerażonych (ale dzielnych!) żołnierzy (inna sprawa, że czat głosowy Wietkongu zazwyczaj pełen jest southparkowych parodii).
Piekło graczy
Nie jest jednak zupełnie kolorowo, bo Hell Let Loose: Vietnam w momencie premiery na PlayStation 5 wypadał dość blado. Zdecydowanie nie jest to najpiękniejsza produkcja dostępna na tę platformę. Gra zachwyca krajobrazami, ale na bliskim planie boleśnie widoczne stają się mniej wyraźne tekstury i brzydkie modele postaci (co najbardziej rzuca się w oczy, siedząc z kimś na pace ciężarówki). O ile to można jeszcze przeboleć, o tyle już katastrofalne migotanie cieni powiązanych z roślinnością mocno uprzykrza zabawę, w szczególności, kiedy przedzierać musimy się przez gęstą dżunglę. Na całe szczęście twórcy co rusz wypuszczają aktualizacje, więc na chwilę obecną nie jest to równie poważny problem, co na premierę. Tyle dobrego, że gra trzyma się 60 FPS-ów i nie puszcza.
Poprawki dotyczą również interfejsu, który początkowo lubił straszyć graczy znacznikami-widmo, które dawno nie były już powiązane z niczym na mapie, ale gra zapominała usuwać ich z ekranu. Większość z nich już zniknęła, ale uciążliwe w momencie pisania tego tekstu pozostają na przykład markery wrogów na mapie, które pojawiają się po wystrzeleniu nad danym terenem flary, a które nie znikają po jej zgaśnięciu. Zresztą interfejs na konsoli to porażka sama w sobie. W trakcie rozgrywki non stop sięgałem po zły przedmiot, a operowanie po menu jest na tyle nieintuicyjne i niewygodne, że absolutnie odechciewa się odblokowywanego wraz z kolejnymi poziomami wyposażenia każdej z klas. Widać, że to gra stworzona przede wszystkim z myślą o komputerach, a wersję konsolową sklecono na szybko.
Nowy front, ta sama wojna
Hell Let Loose: Vietnam absolutnie nie jest grą dla każdego, ba, ma bardzo wysoki próg wejścia. Nietrudno o poczucie przytłoczenia tuż na samym początku, kiedy twórcy rzucają nas na otwartą mapę z kilkunastoma klasami do wyboru i jedną kulą dzielącą nas od śmierci. Jeśli jednak poświęcicie nieco czasu na naukę tego typu rozgrywki (przygotowano w tym celu szereg samouczków) i przymkniecie oko na problemy wieku dziecięcego, czeka Was masa fantastycznej zabawy, emocji oraz epickich momentów, które zapadną Wam na długo w pamięci. Weteranów oryginału kusić pewnie zbytnio nie trzeba, ale powinni mimo wszystko mieć na uwadze, że choć to podobna gra, to Hell Let Loose: Vietnam stanowi nieco dynamiczniejszą produkcję, co może się zmienić, kiedy z serwerów znikną świeżaki, a zostaną wyłącznie taktyczne świry.
Jeżeli podobał Wam się materiał, to koniecznie dajcie znać na X (dawny Twitter), Bluesky, naszym Discordzie, Redditcie lub Fediverse.
Udostępnienie kodu w żaden sposób nie wpłynęło na wydźwięk powyższego materiału.





