Spór o to, czy kupiona cyfrowo gra w ogóle należy do konsumenta, dotarł właśnie do Meksyku. Luis Donaldo Colosio Riojas, stojący na czele senackiej komisji ds. praw cyfrowych, wspólnie z posłanką Iraís Reyes zgłosił projekt rewolucyjnych zmian w tamtejszej federalnej ustawie o ochronie konsumentów. Jeżeli dokument przejdzie, cyfrowe sklepy z grami będą musiały informować wprost, co tak naprawdę nam sprzedają.
Licencja czy gra? Sklepy mają mówić wprost
Polityk pochwalił się inicjatywą na swoim profilu na Instagramie. Sam dokument trafił do Senatu na początku września, a jego główne założenia sprowadzają się do trzech kluczowych punktów:
- przed sfinalizowaniem transakcji sklep musi jasno poinformować, czy klient nabywa pełnoprawny produkt, czy jedynie czasową licencję, a także kiedy i na jakich zasadach dostęp do niej może zostać odebrany,
- gdy wydawca na stałe wyłącza serwery gry (sprzedanej wcześniej jako produkt bezterminowy), powinien udostępnić stosowną łatkę lub narzędzia pozwalające na zabawę lokalną albo postawienie prywatnych serwerów,
- zagraniczne platformy cyfrowe operujące w Meksyku będą musiały posiadać tam fizyczną siedzibę lub przynajmniej oficjalnego przedstawiciela prawnego.
Dla tamtejszych graczy to właśnie ten ostatni wymóg może okazać się najważniejszy. Obecnie wiele globalnych platform nie prowadzi w tym kraju żadnej bezpośredniej obsługi, przez co w przypadku sporu konsumenci nie mają do kogo zgłosić się po pomoc. Lokalny adres pozwoliłby z kolei wkroczyć do akcji Profeco, czyli meksykańskiemu odpowiednikowi UOKiK-u. Jako głośny przykład problemu przywołuje się sprawę wyłączenia serwerów pierwszego The Crew od Ubisoftu, po którym tytuł całkowicie przestał działać – również u osób, które lata wcześniej zapłaciły za niego pełną cenę.
Na razie to jednak dopiero początek długiej legislacyjnej drogi. Projektem muszą zająć się teraz aż trzy osobne komisje (w tym ta od ochrony konsumentów), a dopiero później może on trafić pod ostateczne głosowanie. Nie ma więc żadnej żelaznej gwarancji, że rygorystyczne przepisy w tej konkretnej formie kiedykolwiek wejdą w życie.
Sony i widmo cyfrowej przyszłości w tle
Meksykańska inicjatywa doskonale wpisuje się w szerszy, globalny trend. Postulat o ratowaniu gier przed śmiercią serwerową brzmi niemal jak dosłowne streszczenie obywatelskiej kampanii Stop Killing Games, która od wielu miesięcy wywiera rosnący nacisk na Unię Europejską. Z kolei wymóg jasnego informowania o charakterze licencji do złudzenia przypomina prawny spór z Kalifornii, gdzie Sony oficjalnie przekonywało przed sądem, że „rozsądny konsument” doskonale zdaje sobie sprawę z tego, iż wcale nie kupuje gier cyfrowych na własność.
Warto dodać, że Colosio i Reyes nie są w tym temacie nowicjuszami. Wcześniej w tym samym roku złożyli oni skargę antymonopolową na Sony w związku z niepokojącymi doniesieniami o planowanym zakończeniu produkcji fizycznych nośników do PlayStation po 2028 roku. Decyzja Japończyków wciąż budzi spore rynkowe kontrowersje, a według doniesień sprzed tygodnia, producent sprzętu zaczął nawet dyskretnie badać nastroje wśród samych deweloperów, pytając ich o zdanie w sprawie ewentualnego przejścia na dystrybucję wyłącznie cyfrową.
Być może plan Sony nie jest więc jeszcze w stu procentach przesądzony. Jeśli tak, to rosnąca oddolna presja ustawodawcza z kolejnych dużych rynków raczej nie ułatwi firmie płynnego przejścia na pełen monopol cyfrowy.
Źródło grafiki: Instagram Luisa Donalda Colosio Riojasa
Jeżeli podobał Wam się materiał, to koniecznie dajcie znać na X (dawny Twitter), Bluesky, naszym Discordzie, Redditcie lub Fediverse.
