W Polsce mamy znaną i zdecydowanie nielubianą klątwę faraona, w Stanach natomiast na udających się do Meksyku podróżnych czeka jej ekwiwalent – zemsta Montezumy. O nieżycie żołądka wspominam oczywiście nie bez powodu, bo Robert Jaeger w przypływie rubaszności nazwał swoją debiutancką grę właśnie na jego cześć. Na całe szczęście Montezuma’s Revenge poza tytułem z przykrymi, wakacyjnymi wspomnieniami nie ma zupełnie nic złego, ba, wręcz przeciwnie, zapewniała zdecydowanie pozytywne doznania, o czym najlepiej niech poświadczy fakt, że po niemal 40 latach od premiery, w 2020 roku, światło dziennie ujrzała jej odświeżona wersja.
Zemsta smakuje najlepiej na współcześnie
Pozwólcie, że na samym początku wyjaśnię, o której grze mowa, bo w 2025 roku swoją premierę miały zarówno pełnoskalowy remake w postaci Montezuma’s Revenge: The 40th Anniversary Edition, jak i „małoskalowy” remake Montezuma’s Revenge: Director’s Cut, stanowiący w pewnym sensie rozszerzoną wersję oryginału. Montezuma’s Revenge z 2020 roku jest natomiast czymś pomiędzy – stworzona przez Normal Productions edycja to oryginał oddany jeden do jednego, okraszony względnie „współczesną” oprawą i garścią usprawnień, jak chociażby system zapisów (aczkolwiek podchodziłbym do niego z ograniczonym zaufaniem, bo potrafi się czasem wykrzaczyć), klasyczny tryb graficzny i szereg filtrów ekranowych. W efekcie, jeżeli chcecie zapoznać się z oryginałem, to właśnie ten tytuł będzie najlepszym wyborem.

Montezuma’s Revenge (2020) zdecydowanie uprzyjemnia zabawę. Wprawdzie nadal można bawić się niczym czterdzieści lat temu, obserwując śmigające po ekranie piksele wielkości pięści, włączając przy tym filtry emulujące przeplot, rozmycie czy w końcu wypukły ekran, ale nawet jeśli po kilku minutach nie zaczną Was boleć oczy, to mimo wszystko przeprojektowana oprawa wypada zwyczajnie przyjemniej i czytelniej. Nie należy spodziewać się oczywiście wodotrysków, wszakże twórcy narzucili po prostu nowe sprite’y na te oryginalne, ale dzięki temu Montezuma’s Revenge pozostaje całkiem wierne oryginałowi, nawet jeśli czuć pewną „mobilniakowość” (zwłaszcza w fatalnym interfejsie, żywcem przeniesionym z ekranów dotykowych).
„Archeologia” z dawnych lat
Pytanie tylko, czy jest to tytuł, do którego warto to tych kilku dekadach wracać? W Montezuma’s Revenge nadal tkwi wynikające z jego prostoty piękno. Jako Panama Joe wpadamy do azteckiej piramidy, by bez żadnej mapy przebić się przez setkę komnat i unikając zagrożeń ze strony fauny oraz licznych pułapek, odnaleźć drogę do znajdującej się gdzieś w czeluściach budowli komnaty pełnej skarbów. Pomimo czterdziestu lat na karku Montezuma’s Revenge wciąż dostarcza sympatycznego poczucia eksploracji i odbywania niezwykłej przygody, kiedy poszukujemy odpowiednich kluczy, zbierając przy tym skarby i power-upy oraz walcząc o życie. Zwłaszcza że rozgrywka jest trudna i nie zawsze sprawiedliwa, bo znajdujące się u podstawy piramidy komnaty skryte są w całkowitej ciemności, o ile nie znajdziemy gdzieś po drodze pochodni.

Zemsta Montezumy raczej frustruje niż szkodzi
Warto przy tym pamiętać, że choć Montezuma’s Revenge w teorii oferuje graczowi dziewięć poziomów, to w zasadzie tylko pierwsze trzy sensownie się od siebie różnią. Początkowo dostęp dostajemy wyłącznie do lewej części piramidy, później do prawej, by finalnie móc zwiedzić ją całą. Kolejne sześć poziomów to w zasadzie wariacje na temat trzeciego – nieco inne rozmieszczenie przedmiotów, nowi przeciwnicy, którzy w pewnym momencie przestają znikać po odebraniu nam życia, czy w końcu najbardziej upierdliwa ze zmian, czyli ciemność pochłaniająca kolejne piętra. Dość powiedzieć, że finalnie wszystkie z nich poza pierwszym zwiedzać będziemy po omacku.
Montezuma’s Revenge z czasem staje się przez to zwyczajnie upierdliwe. To już i tak wystarczająco trudna gra, zwłaszcza jeśli nie chcemy korzystać z wprowadzonej w remasterze opcji kontynuowania rozgrywki po utracie wszystkich żyć (kosztem zdobytych punktów) bądź nawet znalezionych w internecie map poziomów. Należy przy tym oczywiście brać poprawkę, że tytuł ten powstał w czasach, kiedy sztuczne podnoszenie poziomu trudności stanowiło świetny sposób na wydłużenie czasu rozgrywki, ale zdecydowanie dało się to zrobić lepiej, w taki sposób, by nawet po latach zapuszczanie się w coraz to dalsze zakamarki piramidy sprawiały tyle samo frajdy, co na początku przygody.
Nie taka zemsta straszna, jak ją malują
Remaster Montezuma’s Revenge to produkcja stworzona w zasadzie wyłącznie dla pasjonatów, zapalonych fanów oryginału bądź samozwańczych growych historyków. Jeżeli należycie do którejkolwiek z tych trzech grup, to jest to zdecydowanie najlepsza opcja, by doświadczyć oryginału w jak najwierniejszy sposób. Wyłącznie od Was zależy bowiem, czy będziecie chcieli korzystać z dobrodziejstw remastera, czy jednak zakradniecie się do azteckiej piramidy tak, jak Pan Jaeger powiedział. Pamiętajcie tylko, że jeśli miałby to być Wasz pierwszy kontakt z tym growym „szlagierem”, to spokojnie możecie wyłączyć go po trzecim poziomie. Wówczas zostaną same miłe wspomnienia.
Jeżeli podobał Wam się materiał, to koniecznie dajcie znać na X (dawny Twitter), Bluesky, naszym Discordzie, Redditcie lub Fediverse.





