Resident Evil Village – recenzja (NS2). Koszmar Ethana

Gra dostępna na:
NS
NS2
IOS
MAC
PC
PS4
PS5
XONE
XSX
Grafika i logo z Resident Evil Village Gold Edition
Artur Janczak
Artur Janczak

Całkiem niedawno mogliście przeczytać moją recenzję Resident Evil 7 w wydaniu na konsolę Nintendo Switch 2. Wspominałem tam, że ten hybrydowy sprzęt obrodził ostatnio w kolejne odsłony jednej z najpopularniejszych serii firmy Capcom. Oprócz siódemki i dziewiątki, na drugim pstryku można zagrać również w najbogatsze wydanie Resident Evil Village – Gold Edition. Jak ten port wypadł w praniu i czy dostarcza wrażeń na poziomie poprzedniczki? Odpowiedź nie jest jednoznaczna, bo choć zdecydowanie warto tę wersję sprawdzić, to ostateczny odbiór zależy od tego, na jakie kompromisy jesteście w stanie przymknąć oko. Ale do tego niebawem dojdziemy.

Miało być tak pięknie

Fabularnie Resident Evil Village przedstawia dalsze losy rodziny Wintersów. Ethan wraz z żoną, Mią, wyjechali do Europy, by tam wieść spokojne życie i wychowywać małą córeczkę, Rose. Sielanka nie trwa jednak długo – w pewnym momencie niczym tajfun wpada Chris Redfield i koszmar rozpoczyna się na nowo. Po serii dramatycznych wydarzeń główny bohater trafia do spowitej śniegiem, odciętej od świata wschodnioeuropejskiej wioski, próbując odnaleźć swoje porwane dziecko. Jak się pewnie domyślacie, temu miejscu daleko do normalności. Sam pan Winters napotyka na swojej drodze postaci równie groteskowe, co niebezpieczne. Trudno zresztą nazwać istoty władające nadprzyrodzonymi mocami „zwykłymi ludźmi”, a z każdą z nich przyjdzie mu stanąć oko w oko.

Historia w poprzedniej odsłonie zawiesiła poprzeczkę bardzo wysoko, a ósemka idzie w jej ślady. Śmiem twierdzić, że pod pewnymi względami wypada lepiej, a pod innymi – odrobinę gorzej. Całość intryguje, zwłaszcza gdy fabuła niespodziewanie sięga do korzeni i wątków znanych jeszcze z pierwszej odsłony serii. Czułem jednak pewien niedosyt w kwestii rozwinięcia niektórych antagonistów, chociażby słynnej Lady Dimitrescu. Po prostu chciałoby się poznać ich historie głębiej. Winna może być tu sama skala projektu: zarówno tereny, po których się poruszamy, jak i liczba napoczętych wątków, są znacznie większe niż w RE7. Jako ojciec odbierałem tę opowieść znacznie mocniej przez pryzmat poszukiwań małej Rose i relacji na linii rodzic-dziecko. Zdaję sobie jednak sprawę, że nie u każdego gracza ten motyw uderzy w aż tak czułe struny.

Czy w tej wiosce straszy?

Niekoniecznie. Nie znaczy to, że brakuje tu mocnych momentów – te oczywiście są, co udowadnia choćby przyprawiająca o zawał serca wizyta w rezydencji Beneviento. Twórcy obrali tu jednak nieco inne podejście. Pomijając już samą skalę świata, sporo akcji dzieje się w świetle dnia i na otwartych przestrzeniach, co siłą rzeczy nie buduje gęstego klimatu grozy. Oczywiście większość oponentów jest na tyle groteskowa, że nikt z nas nie chciałby spotkać ich w ciemnym zaułku, ale oprócz sporadycznych ciarek na plecach o wielkim strachu nie ma tu mowy. To już nie tak ciasna i klaustrofobiczna siódemka. W Village nie brakuje rozleglejszych lokacji, widowiskowych walk z bossami i ostrej wymiany ognia. Akcji jest tu po prostu znacznie więcej niż w poprzedniczce.

Jedna z nielicznych postaci w Resident Evil Village, której można się bać.

Klasycznych jump scare’ów jest tyle, co kot napłakał, ale grze absolutnie nie można odmówić specyficznego magnetyzmu. Ma naprawdę solidny klimat, gęstą atmosferę i potrafi przyspieszyć rytm serca – zwłaszcza gdy uświadomimy sobie, że tylko ułamek sekundy i szybka decyzja chronią Ethana przed makabrycznym zgonem. Mało tu czystego horroru, za to więcej elementów gore, które dla niektórych mogą być dość niesmaczne. Jeśli jednak macie za sobą RE7 (a mam nadzieję, że tak!), to będziecie na te wszystkie atrakcje w pełni gotowi. Gdybym miał do czegoś porównać ogólny ton całości, to zdecydowanie najbliżej mu do Resident Evil 4, i to w wydaniu z nowszego remake’u. W Village nie będzie Wam jednak do śmiechu – choć sytuacje bywają tu często wręcz absurdalne, całość utrzymana jest w zaskakująco poważnym tonie.

Uzbrojony Ethan

Ósemka doczekała się kilku zmian względem poprzedniczki, przez co walka stała się nieco bardziej płynna i dynamiczna. Ethan porusza się odrobinę zgrabniej i ma do dyspozycji bogatszy arsenał, zarówno ofensywny, jak i defensywny. Nie jest to oczywiście Leon S. Kennedy, ale to już nie ten przerażony mąż z siódemki – to wkurzony i zdeterminowany ojciec. Czuć to w rozgrywce, która w swoich fundamentach pozostała niezmieniona. To wciąż sprawdzony miks eksploracji, walki i prostych zagadek, zrealizowany po prostu z o wiele większym rozmachem. Czystej akcji jest tu ilościowo znacznie więcej. Mimo to backtracking został dobrze zbalansowany, dając nam odpowiednią marchewkę, by chętnie wracać do odwiedzonych już lokacji po cenne znajdźki.

Resident Evil Village nie wymyśla koła na nowo, a jedynie lekko je usprawnia. Świetną nowością jest powrót koncepcji wędrownego handlarza. Duke, u którego kupujemy, sprzedajemy i ulepszamy ekwipunek, to postać niezwykle osobliwa, budząca jasne skojarzenia z kupcem z kultowej czwórki. Spełnia podobną rolę, ale wnosi do świata gry znacznie więcej – jest mocno powiązany z intrygą, choć działa raczej z pozycji specyficznego obserwatora. To u niego, w zamian za zdobyte podczas łowów mięsne składniki, podniesiemy statystyki Wintersa.

Resident Evil Village: Walka Ethana z bestią

TPP czy FPP?

Pierwotnie gra ukazała się 7 maja 2021 roku i wówczas gracze nie mieli innej opcji niż klasyczny widok z oczu bohatera. Dopiero wraz z nadejściem fabularnego dodatku i edycji Gold, Capcom zaimplementował tryb TPP, czyli kamerę zza pleców. Wiele osób – w tym ja – preferuje właśnie takie ujęcie, choć podczas zabawy czuć, że Village było projektowane typowo pod FPP. Z tego powodu część etapów wypada nieco lepiej i bardziej naturalnie w pierwszej perspektywie.

Naprawdę stabilny i dobrze wykonany most.

Dodatkowo w trakcie przerywników filmowych gra i tak unika pokazywania twarzy Ethana lub płynnie wraca do oryginalnego widoku. Nie są to drastyczne zgrzyty, które psułyby ogólny odbiór, ale warto o tym wspomnieć, abyście mieli pełen obraz sytuacji. Zresztą ten tytuł ogrywałem już na premierę w oryginalnym wydaniu i bawiłem się świetnie, co zresztą możecie przeczytać tutaj.

Jak wypada Resident Evil Village na Nintendo Switch 2?

Wizualnie? Jest po prostu wspaniale i nowy sprzęt Nintendo nie ma się tu absolutnie czego wstydzić. Silnik RE Engine po raz kolejny udowadnia, że jest genialnie zoptymalizowany. Wielokrotnie łapałem się na tym, że oprawa łudząco przypominała to, co widziałem wcześniej na PC czy PS5. Zdecydowanie jest na czym zawiesić oko – zarówno modele postaci, jak i otoczenie robią ogromne wrażenie. Pewne kompromisy widać głównie na zbliżeniach (chociażby w jakości włosów czy niektórych tekstur), ale nawet na dołączonych screenach widać, że ta wersja ma się czym chwalić.

Fabryka Heisenberga

Nieco gorzej wypada natomiast kwestia płynności. Nie bójcie się, o żadnej tragedii nie ma mowy. Po prostu w pewnych momentach – zwłaszcza tych bardziej intensywnych – czuć drobne spadki klatek, a ze dwa razy zdarzyło mi się odnotować mocniejsze chrupnięcie. Jestem na to wyczulony, więc łatwo to wyłapałem, ale uspokajam: nie jest to absolutnie norma psująca zabawę. Przez lwią część czasu tytuł działa naprawdę nieźle. Zresztą w okolicach pierwotnej premiery na niektórych mocniejszych platformach bywało podobnie, więc miejcie to na względzie.

Jako że mówimy o edycji Gold, oprócz mniejszych rozszerzeń w pakiecie dostajemy również jedno duże i szalenie istotne DLC fabularne – Shadows of Rose. Kierujemy w nim już nie Ethanem, a jego córką, wiele lat po wydarzeniach z podstawki. Jeśli chcecie wiedzieć o nim więcej, odsyłam Was do naszej osobnej, pełnej recenzji tego dodatku. Co ważne, podobnie jak w przypadku RE7, tutaj również otrzymujemy polską lokalizację kinową (napisy), z czego rodzimi gracze z pewnością będą zadowoleni.

Słynna Lady Dimitrescu

Od strony audio mam absolutnie zero zastrzeżeń – to klasa sama w sobie, co w przypadku tej marki nie powinno nikogo dziwić. Seria od dawna trzyma w tym aspekcie wybitny poziom i ósemka nie idzie na żadne ustępstwa. Podsumowując ten wątek: Resident Evil Village to z pewnością jedna z najładniejszych gier dostępnych na tę platformę. Jak to dobrze, że Capcom dostarczył nam na Switcha 2 natywny, pełnoprawny port, a nie potworek odpalany z chmury, jak miało to miejsce na starszej konsoli!

Czy warto?

Zdecydowanie tak – pod warunkiem że przymkniecie oko na okazjonalne spadki animacji, bo to w zasadzie jedyna rzecz, którą mogę temu wydaniu zarzucić. Poza tym to świetny, bogaty w zawartość port, który oferuje kompletne doświadczenie z uniwersum Resident Evil Village. Wizualnie gra wciąż zachwyca i dla mnie pozostaje jedną z lepszych odsłon serii, choć zdaję sobie sprawę, że ma też swoje grono przeciwników. To jednak tytuł, który potrafi mocno zapaść w pamięć. Jeśli zdecydujecie się na wersję na Nintendo Switch 2, z pewnością nie będziecie żałować. Ja z kolei mocno liczę na to, że Capcom przeniesie na tę platformę więcej wymagających tytułów, jak chociażby świetne remake’i RE2, RE3 i RE4. Jak widać, nowa konsola radzi sobie z silnikiem RE Engine po prostu wybornie.

Gameplay

YouTube player

Jeżeli podobał Wam się materiał, to koniecznie dajcie znać na X (dawny Twitter), Bluesky, naszym Discordzie, Redditcie lub Fediverse.


Za dostarczenie gry do testów dziękujemy firmie Capcom.
Udostępnienie kodu w żaden sposób nie wpłynęło na wydźwięk powyższego materiału.


Podoba Wam się nasza praca? Wesprzyjcie kawą ☕


Artur Janczak
Cześć! Mam na imię Artur i uwielbiam gry wideo niezależnie od platformy. Mimo 30 lat na karku cały czas sprawiają mi radość i liczę, że to się nie zmieni.
Scroll to top