Mam wrażenie, że ostatnimi czasy zwiększyła się liczba gier osadzonych w czasach pierwszej wojny światowej. Oczywiście wciąż mowa tutaj o sporej niszy, ale to, co kiedyś wydawało się tematem kompletnie ignorowanym, dziś ignorowane jest tylko ociupinkę. W większości są to – wbrew renomie raczej mało żwawej wojny pozycyjnej – gry akcji jak wydany jakiś czas temu Over The Top: WWI tudzież nadchodzące Gallipoli, ale zdarzają się mimo wszystko intrygujące wyjątki, stawiające na opowiedzenie intymnych historii jednostek. Tym razem w ślad za fantastycznymi Valiant Hearts i 11-11: Memories Retold idzie kanadyjskie studio Unreliable Narrators, zabierające nas w podróż po The Caribou Trail.
Szlak Karibu
No, dobra, po jego części. Na tytułowy Szlak Karibu (ang. The Trail of the Caribou) składa się sześć statui z brązu wzniesionych we Francji, Belgii i Turcji, by upamiętnić nowofundlandzkich żołnierzy, biorących udział w najważniejszych bitwach pierwszej wojny światowej. Co ciekawe, najnowszą z nich postawiono w 2021 roku w Gallipoli, czyli w miejscu, w którym Królewski Pułk Nowej Funlandii (ang. The Royal Newfoundland Regiment) rozpoczął swoją walkę, a także w którym my – gracze – po raz pierwszy poznajemy bohaterów The Caribou Trail. W buty Fishera trafiamy w momencie, kiedy łódka wioząca jego oraz jego przyjaciół – Gordona i Lonnie’ego – dopływa do wybrzeża Gallipoli.

Proza wojny
Grę Unreliable Narrators trudno traktować do końca jako grę wojenną. Wojna oczywiście tutaj jest, ale o samym przebiegu bitwy dowiecie się z The Caribou Trail raczej niezbyt wiele poza jej kilkoma ważniejszymi punktami. Stanowi ona wyłącznie tło dla historii nowofundlandzkich żołnierzy – często młodych rybaków, którzy znaleźli się na froncie z najrozmaitszych powodów, nie zawsze z własnej woli. To właśnie ich historie i budujące się między nimi relacje grają pierwsze skrzypce w trakcie tej zaledwie trzygodzinnej przygody. Lubię tego typu zabiegi. Przypominają one, że armia to nie tylko bezimienne narzędzie mordu, ale zestaw jednostek z własnymi historiami, marzeniami i obawami.
Problem w tym, że The Caribou Trail poświęca temat bitwy o Gallipoli bez oferowania czegoś sensownego w zamian. O trójce bohaterów dowiadujemy się w trakcie przygody stosunkowo niewiele. Do tego stopnia, że jej główny bohater, Fisher, był mi w finale równie obcy, co na jej początku. Twórcy ewidentnie mieli ciekawe pomysły, bo wpleciono tutaj chociażby delikatny wątek paranormalny oparty na nowofundlandzkich wierzeniach, a zabraknąć nie mogło kilku pomniejszych wyborów moralnych. Szkoda jedynie, że zrobiono to, idąc po linii najmniejszego oporu, co najlepiej obrazuje fakt, że relacje między trójką głównych bohaterów rozwijane są w zasadzie wyłącznie podczas przydługich, wieczornych posiadówek przy ognisku, w których trakcie naszym zadaniem jest mieszanie zupy aż do końca dialogu.

Poszukiwanie zajęcia
Najbardziej frustruje fakt, że mimo wszystko w The Caribou Trail nie brakuje dobrych momentów. Ot, pierwsza wyprawa na ziemię niczyją pod osłoną nocy trzyma w napięciu nawet pomimo świadomości, że ryzyko dla gracza jest niewielkie (wszak to nie jest gra, którą można przegrać), a przy okazji organicznie dowiadujemy się więcej o charakterach i priorytetach naszych towarzyszy. Niestety każda tego typu sekwencja poprzetykana jest mało interesującym mieszaniem zupy i czasem wolnym w okopach, kiedy to możemy szukać znajdziek w postaci wpisów do dziennika czy wchodzić w interakcje (czasami całkiem zabawne) z innymi żołnierzami.
Bajka o wojnie
Pewnym zgrzytem jest ponadto strona artystyczna gry. Unreliable Narrators postawili na stylizowaną, mocno bajkową stylistykę, która przywodzi na myśl filmy Disneya bądź – żeby pozostać na growym poletku – Kena: Bridge of Spirits. Nie jest to oczywiście nic nowego i tego typu kontrast między tematyką a optyką potrafi dać świetne efekty (Road 96 robiło to całkiem nieźle), ale mam wrażenie, że tutaj grafika – choć wygląda bardzo dobrze i niekiedy zniewala obrazami – jest nieco zbyt gładka, przez co nawet co bardziej brutalne momenty (a tych tu nie brakuje) wydają się nazbyt ugrzecznione. Mało tego, uproszczona grafika nie uchroniła The Caribou Trail przed licznymi chrupnięciami i gra lubi zgubić klatki. Podobnie wypada w mojej ocenie muzyka – w separacji są to naprawdę dobre, niekiedy pełne patosu utwory, ale zdecydowanie zbyt często zdawały mi się nie do końca współgrać z tym, co dzieje się na ekranie.

Piekło z daleka od domu
Przyznam, że pisanie tej recenzji idzie mi jak krew z nosa, bo The Caribou Trail ujmuje mnie równie mocno, co frustruje. Na każdy jej pozytywny aspekt przypada negatywny, więc choć finalnie balans wychodzi raczej na plus, to pewien nieprzyjemny posmak niestety pozostaje. Absolutnie nie żałuję spędzonego z The Caribou Trail czasu i jestem twórcom wdzięczny za to, że przybliżyli mi temat tytułowego szlaku, o którym pewnie bym bez nich nie usłyszał. Z żalem muszę jednak podsumować, że absolutnie nie jest to topka eksploracyjnych gier narracyjnych (lub symulatorów chodzenia, jeżeli chcemy być złośliwi), co jednak nie sprawia, że nie jest warta sprawdzenia – The Caribou Trail kosztuje raptem 56 zł, za które dostajemy w zamian ciekawe, nawet jeśli dalekie od ideału, pierwszowojenne doświadczenie.
Medic: Pacific War – recenzja Early Access (PC). Na ratunek!
Jeżeli podobał Wam się materiał, to koniecznie dajcie znać na X (dawny Twitter), Bluesky, naszym Discordzie, Redditcie lub Fediverse.
Udostępnienie kodu w żaden sposób nie wpłynęło na wydźwięk powyższego materiału.


