Zabiorą wam płyty, a gry rzekomo potanieją. Ktoś w to jeszcze wierzy?

Tanie gry cyfrowe
Artur Janczak
Artur Janczak

W naszej branży istnieje pewien specyficzny gatunek wypowiedzi. Eksperci z pełną powagą tłumaczą w nich często zawiłe sprawy. Według nich odebranie graczom pewnych opcji wyjdzie im ostatecznie na dobre. Tym razem padło na nośniki fizyczne. Zdaniem byłego dyrektora z firmy Square Enix koniec płyt na konsolach PlayStation może mieć pozytywny skutek. Cyfrowe wersje w PS Store miałyby wtedy wyraźnie potanieć. Całość brzmi wręcz utopijnie. Z tego powodu tańsze gry cyfrowe to na ten moment zaledwie mglista obietnica. Posiada ona ponadto mnóstwo słabych punktów.

Na czym opiera się ta śmiała teoria?

Autorem całej tej tezy jest Jacob Navok. Dawniej pełnił funkcję dyrektora do spraw rozwoju biznesu w firmie Square Enix. Dzisiaj jest prezesem studia Genvid. Warto od razu podkreślić jedną rzecz. Mówimy o mocno doświadczonym menedżerze, a nie głównym szefie całej japońskiej korporacji. Swój tok rozumowania wyłożył on na platformie X. Trzeba uczciwie przyznać, że wywód ten ma pewien sens. Navok obala powszechne mity. Twierdzi, że na ostateczne ceny wydań cyfrowych wcale nie wpływa konkurencja między poszczególnymi sklepami. Liczy się tylko walka o klienta pomiędzy samymi wydawcami. Krótko mówiąc, to wydawca narzuca konkretną kwotę na wirtualnej półce Steama czy PS Store. Właściciel danej platformy nie ma tutaj decydującego głosu.

Idąc tym tropem, rynkowa rywalizacja platformy Steam z Epic Games Store sprowadza się do jednego. Chodzi tu głównie o wysokość prowizji pobieranej od deweloperów. Realne koszty ponoszone przez graczy schodzą na dalszy plan. Ceny zaczynają spadać dopiero w momencie bezpośredniego starcia z innymi tytułami w obrębie tego samego ekosystemu. Na dowód Navok przytacza konkretne przykłady. Pokazuje on wykres sprzedaży Final Fantasy 16 w wersji pecetowej. Kwota zakupu z czasem naturalnie tam topniała. Główny wniosek zakłada, że w pełni cyfrowy PS Store zmusi korporacje do drastycznego zaniżania cen. My natomiast będziemy regularnie zalewani świetnymi wyprzedażami. Dostaniemy też dynamiczne obniżki rodem ze sklepu firmy Valve.

Dziury w rozumowaniu eksperta

Cała ta rynkowa układanka nabiera sensu wyłącznie przy jednym założeniu. Jest ono jednak niezwykle wręcz optymistyczne. Trzeba po prostu uwierzyć, że bogaci wydawcy zechcą dobrowolnie podzielić się oszczędnościami z klientami. To trochę naiwne myślenie. Przypomina ono liczenie na samoczynne obniżki w dyskontach tylko dlatego, że sieciom handlowym nagle zrobiło się głupio. Owszem, agresywne wyprzedaże na pecetach jak najbardziej istnieją. Są one jednak podyktowane bezwzględną walką o portfel gracza, a nie korporacyjną dobroczynnością. Zupełnie nikt nie daje nam gwarancji zysków. Całkowite odcięcie rynku fizycznego nie przełoży się automatycznie na tańszą rozrywkę.

Warto też pamiętać o przeszłości. Opowieści o cudownie taniej cyfrowej rewolucji słyszymy nieprzerwanie od czasów panowania konsol PlayStation 3 oraz Xbox 360. Przekonywano nas wtedy o korzyściach płynących z porzucenia kosztów tłoczenia płyt i logistyki. Miało to natychmiastowo zbić ostateczne ceny. Minęło jednak kilkanaście długich lat. Fizyczne wydanie w markecie w dniu premiery nadal kosztuje często zauważalnie mniej niż dokładnie ten sam kod w oficjalnym sklepie twórców. Dodatkowo omawiana teza bardzo wygodnie przemilcza inne kwestie. Chodzi o wszystko to, co gracze bezpowrotnie tracą w takim nowym wariancie.

Mowa tu o rynku wtórnym, obiegu używanych kopii oraz zwykłej opcji pożyczenia nowości znajomemu. Razem z plastikowym pudełkiem wyparowuje też poczucie faktycznego posiadania zakupionego tytułu. Cyfrowe dobra zaledwie wypożyczamy na czas łaski danej usługi. Nawet obniżone kwoty w wirtualnych koszykach nie zrekompensują strat. Nadal mówimy o bolesnym kompromisie, a nie o czystym zysku konsumenta. Tę samą uspokajającą melodię słyszymy zresztą regularnie z ust szefów różnych gigantów. Szefostwo Capcomu czy firmy Take Two powołuje się nieustannie na rzekome statystyki. Udział sprzedaży cyfrowej ma tam przekraczać 90 procent całego rynku.

Sony twardo trzyma się planu

Niezależnie od prywatnych opinii o tych prognozach korporacja Sony absolutnie nie zamierza robić kroku w tył. Kluczowa decyzja zapadła oficjalnie pierwszego lipca. Obejmuje ona wszystkie tytuły wydawane na platformach PlayStation. Dotyczy to także pełnych produkcji od zewnętrznych studiów. Od stycznia 2028 roku cały ekosystem ma przejść w pełni na format cyfrowy. Obejmie to również pudełka trafiające na sklepowe półki. Zamiast fizycznego nośnika znajdziemy w nich wyłącznie jednorazowy kod aktywacyjny.

Żarty definitywnie się skończyły, co doskonale widać po pozornie drobnym detalu. Na nowe egzemplarze PlayStation 5 z napędem trafiają podobno specjalne naklejki. Ostrzegają one o całkowitym wygaszeniu wsparcia dla formatów fizycznych wraz z początkiem 2028 roku. Konsument kupuje więc sprzęt wyposażony w czytnik płyt. Od razu zostaje też poinformowany, że element ten wkrótce zamieni się w bezużyteczną ozdobę. Tak czy inaczej, warto zachować powściągliwość. Zanim dacie wiarę twierdzeniom, jakoby tańsze gry cyfrowe były czymś całkowicie pewnym, po prostu poczekajcie. Uwierzycie w to dopiero w momencie ostatecznego obniżenia rachunków podczas wirtualnych zakupów.


Jeżeli podobał Wam się materiał, to koniecznie dajcie znać na X (dawny Twitter), Bluesky, naszym Discordzie, Redditcie lub Fediverse.

Źródło: https://www.eurogamer.net/ps-store-prices-cheaper-disc-production-end

Podoba Wam się nasza praca? Wesprzyjcie kawą ☕


Artur Janczak
Naczelny. Na co dzień pilnuję, żeby nasz serwis trzymał fason, a w międzyczasie sam siadam do klawiatury. Tworzę newsy, recenzuję gry oraz sprzęt gamingowy i przelewam własne przemyślenia do felietonów. Gry wideo to dla mnie temat rzeka – niezależnie od tego, czy sprawdzam tryby wydajności w nowościach, czy wracam do starszych tytułów.
Scroll to top